Na wjeździe do Warszawy zaczęli grać „Brothers in Arms”. Było prawie jak w tym odcinku Miami Vice gdzie znaleźli kolesia zamurowanego w ścianie. Wcześniej przez całą drogę padał deszcz. To był mój drugi raz na Kaszubach. Za pierwszym razem pojechałem tam latem, na rowerze, z ciężkim statywem, Zenitem i 10 rolkami kliszy. To było 10 lat temu. Europejskie Dożynki w gminie Somonino. Dzieciaki skakały po snopkach siana, a ich ojcowie walili wódę zbici w niewielkie grupki. Było gorąco i duszno. Załapałem się na imprezę dla gminnych VIP-ów w remizie bo ktoś mnie wziął z tym statywem i aparatem za dziennikarza. Zjadłem placek, wypiłem herbatę i się zmyłem. Z całego wyjazdu wyszło chyba tylko jedno zdjęcie.
Teraz na Kaszubach było pusto i mokro, wszystko było nasączone wodą, nawet drewno, które nie chciało się palić w kominku. Trzeba je było mocno polewać denaturatem, żeby się zapaliło. Za oknem był strumień i młyn.
Przeczytałem „Książkę” Mikołaja Łozińskiego – dawno nie czytałem nic tak dobrego.
Nowy rok – jakby się okazał taki jak 2011 to krzywdy nie będzie.