Kolektyw fotografów VISAVIS

visavis.jpg

Miło mi poinformować, że z dniem 28.04.2008 r. rozpoczęła się moja współpraca z Kolektywem Fotografów VISAVIS.

„Kolektyw Fotografów Visavis.pl to przedsięwzięcie, skupiające uznanych polskich fotografów-dokumentalistów. Autorzy związani z Visavis.pl komentują rzeczywistość w subiektywny sposób, szukając inspiracji w najbanalniejszych elementach codzienności wychodząc jednocześnie daleko poza czystą fotografię dokumentalną. Nacisk na autorską wizję świata stale zyskuje w ocenie jury polskich i zagranicznych konkursów fotograficznych.

Visavis podąża za ewolucją rynku prasowego, poszukując dla fotografii nowych nośników – a przez to kolejnych metod dotarcia do odbiorcy. Wykorzystanie najnowszych technologii – Internetu oraz telefonii mobilnej – umożliwiło agencji rozwinięcie multimedialnej formy prezentacji fotoreportażu, jaką jest fotokast. Fotoreportaże wzbogacone zbieraną równolegle z materiałem zdjęciowym ścieżką dźwiękową, oferowane są portalom internetowym oraz operatorom telefonii komórkowej.

Nie zaniedbując tradycyjnych sposobów ekspozycji agencja stale współpracuje z galeriami, muzeami i magazynami drukowanymi. We współpracy z Fundacją Imago Mundi prowadzi własną galerię fotografii kolekcjonerskiej. Wśród realizacji Visavis.pl są liczne wystawy, albumy fotograficzne, filmy dokumentalne, fotokasty czy publikacje prasowe.” (materiał prasowy Visavis)

więcej o Visavis: www.visavis.pl

projekty prowadzone przez Visavis:

www.photo2012.eu
www.fotokasty.pl
www.802procent.pl
www.terazmalopolska.pl
www.zmiany.eu

Nowości na stronie

W dziale FOTOGRAFIA  nowe galerie – cykl „Harcerze” wykonany dla Tygodnika Polityka w styczniu i lutym 2008 roku; cykl „Larpnięci” wykonany dla dziennika Polska Głos Wielkopolski w kwietniu 2008 oraz „Meta” – cykl portretów wykonanych na finiszu poznańskiego półmaratonu na zlecenie Polska Głos Wielkopolski.

W dziale REPORTAŻ nowy tekst „Dokąd poszedł doktor Schulz” przygotowany dla Magazynu Turystyki Górskiej N.P.M

W drodze do Babadag

Tokaj
?Zbudziłem się wcześnie rano i wyszedłem na balkon. Czerwone dachy pociemniały od nocnego deszczu. Bruk uliczki lśnił i lekko parował. W całym miasteczku panowała zupełna cisza. (?). Było tak pięknie, że zastanawiałem się czy przypadkiem nie umarłem.?

bbdag1.jpg
Przez ryneczek jedzie pan na motorku, zatrzymuje się bezszelestnie pod winiarnią i znika. Wraca z wielkim i pachnącym bochnem chleba i pakuje go do bagażnika motorku. Ale z koła właśnie zeszło powietrze, więc staruszek wyciąga pompeczkę i z uśmiechem bierze się za naprawę.
I tak na okrągło. Ludzie noszą tu wiklinowe kosze zamiast ohydnych foliowych siatek. Jest spokój i cisza. Siedzą przed winiarniami i piją wino z kieliszków.
Chodząc po Tokaju trzeba co chwilę szczypać się i sprawdzać, czy to nie sen. Całe miasto, położone na stoku porośniętego winnicami wzgórza, jest wręcz niepokojąco idealne. Wszędzie są winiarnie i nie ma turystów (choć pewnie w sezonie jest ich pełno).
Pole namiotowe na brzegu Bodrogu jest drogie, ale oferuje czysty i ciepły prysznic, a także możliwość poszeleszczenia sobie topolowymi liśćmi w drodze do stojącego tuż nad rzeką namiotu.
Gość, który mnie tu przywiózł, młody japiszon z Nyiregyhazy, przez całą drogę tłumaczył mi, że życie w Tokaju to wszystko, czego człowiekowi trzeba. Rozmawiamy mieszaniną angielskiego i niemieckiego i za nic w świecie nie mogę mu wytłumaczyć, gdzie do tej pory byłem. Nazwy takie jak Satu Mare, Baia Mare czy Borsa, choć położone o godzinę jazdy autem stąd, nic mu nie mówią.
? Znasz węgierskie nazwy tych miast? ? pyta
? Nie znam. A powinienem?
? No wiesz, wielkie Węgry Najjaśniejszego Pana ? odpowiada z rozbrajającym uśmiechem.
Mija prawie sto lat od upadku Austro-Węgier, a trzydziestoletni pracownik agencji reklamowej z Nyiregyhazy nie dopuszcza do siebie myśli, że sto kilometrów stąd jest już Rumunia. Czytaj dalej