Płot mną zawładnął, nie mogę przestać o nim myśleć. Trafiłem na niego rok temu i już wtedy wyglądał tak, jakby zaraz miał zniknąć. Teraz jest z nim jeszcze gorzej, mam wrażenie, że rozpada się od samego dźwięku migawki. Postawili go w siedemdziesiątym pierwszym, żeby zasłonił baraki z ludźmi, którzy postanowili żyć akurat na wylotówce na Warszawę. A właściwie nie „postanowili” a raczej „jakoś tak wyszło”. No i płot postawili bo na dożynki miał przyjechać Pierwszy. A wstyd tak pokazać Pierwszemu, że w Poznaniu mamy slumsy. Więc zastawili i pomalowali na zielono.
Płot stoi, albo leży, do dziś. I do dziś żyją za nim ludzie. I kury. I kaczki. Psy, koty, gołębie. Czarne BMW, zdezelowane garaże, domki z trudem wytrzymujące napór nieba. Wszystko miniaturowe – i marzenia, i potrzeby. Pyliste ścieżki ze śmierdzącymi rynsztokami bo bokach, talerze anten satelitarnych, ludzie przed domami – no Słowacja skrzyżowana z Rumunią. I wszystko lekko zdesaturowane.