Karl Heinz Friebe chodzi po tych cholernych krzakach jakby nadal tu stały domy, jakby zostawił czajnik na ogniu i wyskoczył tylko szybko na rynek po cukier, którego zabrakło mu do herbaty. Mam wrażenie że zaraz pęknę, zacznę krzyczeć i potrząsać nim „Bądź wściekły! Bądź zły! Krzycz do jasnej cholery!”
On nie krzyczy, brodzi w krowim łajnie i gęstych chaszczach i pokazuje parasolem – tu była apteka, tu był dom mojej babci, tak , teraz stoimy w jej salonie, a tam właśnie rośnie jej grusza.
W pewnym momencie zatrzymuje się jak wryty i mówi:
– Gisela.
Mieszkała w brązowym, dwupiętrowym domu należącym do rodziny Franzky. (ten dom jako jeden z nielicznych stoi do dziś). Gdy Wendlera – nazistę , wzięli do armii to właśnie Giseli kazano uczyć dzieci w szkole. Była świeżo po maturze, nie miała żadnego doświadczenia, ale w czasie wojny nikogo lepszego na to stanowisko nie udało się znaleźć.
– Miałem wtedy 7 lat i kochałem ją tak, jak siedmiolatek może kochać swoją pierwszą nauczycielkę. Była posągowo piękna, doskonała, była kwintesencją kobiecości – miała ciemne, długie włosy i brązowe oczy. Gdy spoglądała na mnie w czasie lekcji czerwieniłem się zawstydzony. Tak, dla Giseli zrobiłbym wszystko, dla Giseli ślęczałem wieczorami nad książkami, tylko po to by za dnia znów na mnie spojrzała.
Po lekcjach czekałem na nią aż wyjdzie ze szkoły. Nigdy jednak nie szła główną drogą. Rozglądała się czujnie i ukradkiem przeciskała się pod płotem okalającym budynek. A potem biegła skrótem, przez łąkę do domu.
Po latach w Schelsiche Bergwacht przeczytałem, że Gisela żyje. Zdobyłem jej adres. Mimo podeszłego wieku pracowała jeszcze w szkole dla tureckich dzieci i uczyła je niemieckiego. Spotkaliśmy się w 1999 roku. Przygotowała wspaniałą śląską ucztę. Zwierzyłem jej z mojego uczucia. Płakała.
Nigdy nie wyszła za mąż. Zmarła w 2007 roku.