Poszedłem dziś z chłopakami na obiad i wpadliśmy w wybitnie nostalgiczne rejestry. Potem przez przypadek rzuciło mnie w stare, łazarskie rewiry. Okazało się, że z pokoju Łukasza zrobiła się kuchnia – nie byłem u niego chyba z 5 lat -w sumie mogła się więc zrobić. W kuchni, która kiedyś była pokojem siedziała nieco zdumiona mama Łukaszowa i patrzyła na nas jakbyśmy właśnie wstali z grobów. No bo skoro ja nie wiedziałem, że teraz tam jest kuchnia – to równie dobrze ona mogła już nie wiedzieć kto ja w ogóle jestem. Szczęśliwie jeszcze wiedziała.
Klatkę schodową u Łukasza wyremontowali ale nawyków nie zmienisz. Jebać wszystkich policjantów!
Do tego wszystkiego skasowali Szoszonowi samochód. Koleś z PZU przyszedł wycenić szkodę, stwierdził, że straty przekraczają 700 zł, a to prawie cała wartość samochodu więc zalecił złomowanie. Szoszon napisał odwołanie, że auto ma wartość zabytkową, bo jeździł nim przez 15 lat zastępca marszałka sejmiku wojewódzkiego i auta na złom spisać nie można. Naprawdę to zrobił. Teraz czeka na decyzję.
Ale dobił mnie kiosk. Stał blisko mieszkania Szoszona od zawsze. Jak byłem mały to oglądałem tam zeszyty Młodego Modelarza i nigdy nie miałem odwagi żadnego kupić. Potem jak byłem nieco starszy to wracając ze szkoły wrzucaliśmy do tego kiosku śnieżki robiąc kolesiowi w środku prawdziwy Sajgon. Jeszcze potem chodziłem tam z psem – wersja spaceru „do kiosku i z powrotem” – wystarczająco długo żeby zdążył się wysikać, wystarczająco krótko by nie czuć tego czasu za zmarnowany. No i kiosku nie ma, w jego miejscu stoi kontener na śmieci.
Jak zobaczyłem że kiosku nie ma to zacząłem szukać dalej. I niepotrzebnie. Jednorodzinna willa na Limanowskiego, która cała była otynkowana tłuczką porcelanową też zniknęła. To znaczy willa została ale tłuczka zniknęła. Jak wracaliśmy ze szkoły to lubiliśmy szukać elementów tego samego talerzyka rozsianych w różnych miejscach elewacji. Ten dom wygląda teraz tak. Czyli w sumie nie wygląda.
Czytam w „Malemenie” o Rafale Bauerze z Rage Age i Vistuli. Mówi, że grał w młodości w punkowej kapeli. Potem się rozpadło, a on został rekinem biznesu. Jak już razem z kolegami mieli kasy jak lodu, skrzyknęli się jeszcze raz, kupili najdroższy i najbardziej wypasiony sprzęt grający jaki można sobie wyobrazić i jako Ostbahnhof nagrali płytę z tych kawałków, które kiedyś grali na wiadrach w garażu. Płyta nazywa się „Dyskretny urok establishmentu”. I tylko nie wiem co mi się w tym bardziej podoba – finezja czy sentymentalizm?
Będę musiał dziś wyrżnąć kilku niewinnych Niemców i spalić średniowieczną wioskę by dojść z tym wszystkim jakoś do ładu.