Do tyłu

rajk009Najnowszy „Przekrój” publikuje wywiad z Joanną Rajkowską. W wywiadzie tym artystka opowiada o jej problemach z projektem „Benjamin w Konyi” – chcąc umieścić w przestrzeni publicznej cytat z eseju Waltera Benjamina „O obowiązkach tłumacza” ciągle się Rajkowska ładowała na jakąś kulturową minę i żeby nie wybuchnąć musiała wymyślać wszystko na nowo.

Takim polskim odpowiednikiem Konyi jest Poznań gdzie od dwóch blisko lat nie może powstać słynny minaret Rajkowskiej. Decydenci w mieście, w którym i tak już nic do siebie nie pasuje,  uznali, że minaret nie pasowałby wybitnie i  burzył architektoniczną przestrzeń. Nie burzą jej za to płoty i wielkopowierzchniowe reklamy. Jak to się dzieje to już wiedzą tylko najtęższe poznańskie głowy.

rajk001 Czytaj dalej

Prawie jak Central Park

pastele001

Anna Czarnota i Mika Grochowska postanowiły przywrócić Poznaniowi miejsce, o którym miasto postanowiło nie pamiętać. W tym celu na opuszczonym stadionie Szyca odbył się happening / instalacja i odbywać się tam będzie przez cały czas trwania Festiwalu Malta. Są leżaczki, parasolki i pani z watą cukrową, można przyjść i się tam trochę powylegiwać. Co prawda miasto nadal o tym miejscu nie pamiętało, więc przez większość dnia leżaczki świeciły pustkami, ale teraz ta niepamięć i ta pustka mają nowe znaczenie. Dla mnie bomba.

Przy okazji fotografowania tego wydarzenia dowiedziałem się od jakiegoś bananowego gówniarza, że „to miejsce ma w sobie coś z Central Parku” i myślę sobie że większej głupoty to od dawna nie słyszałem. Bo zaszczany stadion ukryty w krzakach za targowiskiem z chińskimi jeansami raczej ma się nijak, poza tym że jest w centrum.

pastele003

l:walbrzych; p:mojemiasto

jarek2

Wałbrzych to jest za dużo nawet dla mnie. To jest samospełniające się proroctwo. Gdy jedziemy z dworca A. mówi, że tego się nie da opisać bo ludzie będą myśleć, że przejaskrawiam. Nie to że się wali i że jest syf. Bardziej to, że wysiadasz z pociągu i czujesz, że będzie źle. Zaczynasz się bać choć przecież nic ci nie grozi.

Ludzie na trawnikach , murkach, albo, tak jak w centrum, wprost na chodniku, bez siły by cokolwiek zmienić. Wieczorem przez godzinę szukamy otwartej knajpy, ze dwie są czynne ale strach wchodzić. Wracamy i na tarasie „hotelu” zjadamy żylastego schabowego. W dole widać miasto i słychać krzyki. Kolesie przy stoliku obok rozmawiają o windykacji i o tym, że ich ekipa już nie trzyma ze sobą, rozjechali się po świecie, nie dzwonią do siebie nawet w urodziny. Jeden w pewnym momencie mówi: „gówno” i odchodzą.

W recepcji para przed nami zamawia pokój, są młodzi, on w dresie, lekko spłoszony. Nie mają ze sobą nic poza pieniędzmi i dowodem osobistym. Płacą „za jedną pościel”. „Jedna pościel” w śmierdzącym hotelu pod zakurzonym sztucznym kwiatem i odgłosem kroków tuż za ścianą. Jedna pościel i co dalej? Nawet ręczników ze sobą nie mieli, szczoteczki do zębów, nic. On płacił, on dał dowód, ona stała troszkę z tyłu, miała tandetne buty. Kobieta z recepcji powiedziała „To ja państwa zaprowadzę”, patrzę na nich, a oni są nieszczęściem, bo nie chcą by ktokolwiek ich tam prowadził. I nie dlatego, że im spieszno odegrać gorączkową i niecierpliwą drogę do hotelowego pokoju. Tu tej drogi odegrać się nie da, tu są schody, zakręty, zaułki. Tu trzeba patrzeć pod nogi. Tu na pierwszym piętrze siedzą na kanapie kolesie, patrzą w telewizor i palą papierosy. Ani drgną, nawet jak im się przejdzie tuż przed nosem.  No więc ona ich prowadzi, oni są nieszczęściem dlatego, że ona jest kolejnym świadkiem. I nie to, że mają coś do ukrycia. Po prostu po co kolejny świadek tego wszystkiego, jest już wystarczająco smutno.

WiFi ra rynku jest tu za darmo. Trzeba tylko wpisać login:walbrzych  haslo:mojemiasto.
Nigdy w życiu.