Na Trocadéro zakutani w szaliki kolesie puszczali w noc kolorowe bączki, licząc, że sprzedadzą je tym, którym spadną one na głowę. Było zimno i wiał wiatr. Nikt tego shitu nie kupował, wszyscy patrzyli jak niebieskie świetliki lecą z buczeniem prosto w niebo. Dzień później na Concorde trzeba było zamykać oczy – wszystko było zbyt jasne i zbyt duże. Ładne dziewczyny patrzyły zawsze przed siebie. Samoloty z Beauvais latają też do Klużu. Zastanawiam się jak to jest wrócić stamtąd do Klużu. Już do Poznania wracało się z bólem oczu.
Miesiąc: Październik 2010
Za bramką
Dzieje się
Na stronie „Polityki” od ubiegłego tygodnia można oglądać fotokast o Superjednostkach , a od dziś galerię o wspinaczce .
Śmigamy też na Bryle ze Źle Urodzonymi. Dziś jest o Okrąglaku, a za chwilę pokażemy pierwsze fotokasty.
Straszny upał
Naprawdę jest taki zespół
Naprawdę jest taka miejscowość. Głuponie – zaraz koło A2, za zjazdem na Buk. Z boiska widać autostradę. Pojechaliśmy obejrzeć mecz Rakiety z Wichrem Strzyżewo. Kilku kibiców miało szaliki. „My jesteśmy galaktyczni, my jesteśmy fanatyczni”. K. mówi, że było trochę jak na jugosłowiańskim filmie. Na boisku walka była bardzo zacięta. Najbardziej mi się podobało, jak po końcowym gwizdku ludzie wstali z ławek i się rozeszli tak szybko, jakby ich ktoś stamtąd wyganiał.
Taksim
Jakiś czas temu znalazłem w sieci to zdjęcie Ary Gülera z ulicy Istiklâl Caddesi w Stambule i urwało mi głowę. Potem jeszcze jedno zrobiło ze mną to samo. Śnieg i deszcz w Stambule. W albumie Gülera jest mapka, na której dokładnie zaznaczył gdzie wykonał konkretne fotografie. Chciałem tylko zobaczyć, czy zrobił jakieś na placu Taksim. Nie zrobił ale ulica Istiklâl Caddesi prowadzi na Taksim. To jakieś pięć przecznic od placu.
Ptaki z „Mono” w tle
Steven Soderbergh w fajowym wywiadzie w „Przekroju”:
„ Jedyna wartość sztuki polega na tym, że obcując z nią człowiek czuje, że nie jest sam. To jedyny moment, w którym cichnie groza samotności, gdy możemy przez sekundę poczuć, że jest ktoś, kto czuje i myśli podobnie jak my.”
Szedłem wczoraj przez miasto i nad Collegium Novum zrobiło się trochę jak z Hitchcocka. Lubię to miejsce.
Ostatnio częściej bywałem w szpitalach. Po finansowanym z publicznych pieniędzy szpitalu położniczym w Poznaniu łazi ksiądz, wchodzi do pokojów kobiet bez pukania, gapi się jak karmią te swoje niemowlaki i pyta wprost czy podziękowały już bogu za cud narodzin.
– Bo jak się mówi na takich co nie dziękują? – pyta retorycznie ksiądz – Niewidzięcznicy – odpowiada sobie zaraz sam żeby wszystko było jasne.
Gdybym był kobietą po porodzie to bym poprosił kogoś, żeby go kopnął w moim imieniu w dupę.
Umrzeć za Iskrę Wonieść
Przez środek boiska w Krzywiniu biegnie ścieżka bo ludzie robią sobie tędy skrót do sklepu. Mecz w Starym Luboszu trzeba było przerwać, bo na boisko wbiegła kura. Przed rozpoczęciem spotkania Luks Stare Bojanowo – Gwiazda Siedlec trzeba było wytypować pięciu kibiców, którzy w kamizelkach z napisem „służba porządkowa” pilnowali 30 pozostałych. Selekcjoner Iskry Wonieść powiedział swoim zawodnikom, że kto nie ma ochoty umierać za zespół, ten będzie się musiał z nim po rundzie jesiennej pożegnać. Ci do których mówił trener, wiedzieli o co chodzi. Iskra pokonała Dybko Choryń 2:0. Kibice byliby szczęśliwi gdyby tylko przyszli. Frekwencja tego dnia nie dopisała.Chłopcy i tak zostawili na murawie serce.
Zatrute pole
N. opowiedziała mi niedawno historię bandy Jumaczy z Trzebiatowa. Byli królami miasteczka, każda dziewczyna chciała mieć chłopaka, który był Jumaczem. Jumacze jeździli za niemiecką granicę i kradli tam oryginalne jeansy i perfumy. Była połowa lat dziewięćdziesiątych, może trochę wcześniej. Napoje w plastikowych butelkach wypijało się, a butelki myło i zostawiało na potem. Jumacze przywozili te swoje skarby, a ludzie z miasteczka je od nich kupowali.
Ich siedzibą była „Gromada” – jedna z dwóch trzebiatowskich knajp. Ta druga nazywała się „Kaszanka” i nawet oni bali się tam wchodzić. Do „Kaszanki” chodziły prawdziwe kozaki. No więc Gromada – nigdy tam tam nie byłem, a wydaje mi się, że wiem jak tam wyglądało. W „Gromadzie” dużo trzebiatowskich dziewcząt straciło dziewictwo, niektóre straciły też pewnie złudzenia. Jumacze zadawali tam szyku. Pół miasteczka ich podziwiało – skrycie, wstydliwie, z pewną taką nieśmiałością. Drugie pół ich nienawidziło – skrycie, wstydliwie, szeptem. Ci starsi pewnie się zastanawiali, czy tak już teraz to wszystko będzie wyglądało? Czy królami życia będą kolesie, których jedyną umiejętnością jest wynoszenie w ilościach hurtowych towaru z niemieckich sklepów?
Jumacze byli takimi królami świata, na jakich świat było akurat wtedy stać. Wozili się czarną beemką. Zajeżdżali pod „Gromadę” z piskiem opon i nigdy nie gasili silnika. N. mówi, że wie dlaczego. Mieszkała obok jednego z nich i widziała, że żeby tę beemkę odpalić, musieli ją brać na pych. Cały fason władców świata pryskał, chłopcy stawali z tyłu, podwijali rękawy, pluli w dłonie i pchali tę swoją karocę pełną marzeń, aż nie zaczęła groźnie bulgotać. Potem włączali radio, dudniły basy, a oni mogli już bez skrupułów jechać przez miasto i patrzeć prowokacyjnie ludziom w oczy.
Cały dzień spędziłem jeżdżąc po wioskach. Wszedłem na chwilę na zatrute pole. Nie mogę przestać myśleć o tym, czym ono jest zatrute.
Prawdziwe nieszczęście
Kiedyś z pociągu z Hummennego do Novej Sedlicy spotkałem Najbardziej Nieśmiałego Człowieka Świata. Nie zrobiłem mu wtedy zdjęcia bo bałem się, że mógłby od tego zniknąć. Dziś na jednym z meczów wielkopolskiej okręgówki zobaczyłem tego sędziego i przypomniałem sobie tamtego gościa z pociągu na Słowacji. Może są spokrewnieni?