Majówka

Gdy  Naród zjeżdża na majówkę wszyscy rżną głupa. Głup nie ma nic przeciwko temu. Miejscowi, że tu taki wersal w knajpach co jeszcze wczoraj były zabite dechami. Przyjezdni , że takie paniska „płacę i wymagam”. Na majówkę przedsiębiorczy mieszkańcy Dziwnowa wyciągają plastikowe palmy naturalnej wielkości, automaty z plastikowym szitem za dwa zeta i  stoły z piłkarzykami. W ogrzewanych namiotach będą jak znalazł – nad morzem piździ niemożebnie, jest może 5-6 stopni Celsjusza i tyle samo Beauforta. Kulinarnym hitem jest tradycyjny dziwnowski wędzony rekin z wędzarni „U Romka”. Romek ma też  „Dorsza prosto z sieci” – mimo, że dorsz jest od 120 dni pod ochroną, i nikt go nie łowi. Zapytałem go skąd go ma. Powiedział, żebym spierdalał.

Przez ten sztorm rybacy w porcie nudzą się jak mopsy. Dziś o 10 wszyscy zniknęli. Pojechali oglądać ślub Williama i Kate.

Ostatni raz

Na ostatni pobyt w Dziwnowie dostałem pokój urządzony w stylu marynistycznym. Mam  biblioteczkę pełną książek o morzu, obrazy z żaglowcami i coś o czym marzyłem całe życie – gigantyczny drewniany model żaglowca.  Ale nie mam wanny, żeby sprawdzić czy pływa.

Nałęczów – Lublin

Liceum Plastyczne w Nałęczowie wybudowane według projektu Marka Leykama. Bohdan Pniewski mówił o Leykamie, że to „najzdolniejszy architekt swojego pokolenia, który ze względu na swój temperament osiągnie najmniej”. Leykam rzeczywiście się władzy nie kłaniał. Władza jemu też nie więc skończył projektując hale fabryczne i budynki na prowincji. Wszystkie są genialne – tak jak liceum w Nałęczowie.

W Lublinie jest natomiast Osiedle Słowackiego (na dole) zaprojektowane przez  Oskara Hansena. To poligon Formy Otwartej – mi urywa głowę. Jest genialne.  Szkoda, że na środku osiedla ktoś zdecydował postawić całkiem niedawno kościół o wdzięku huty aluminium. Pasuje tam jak pięść do nosa. I psuje całe założenie. Gdy patrzę na takie barbarzyństwo wyobrażam sobie spotkanie Hansena z tym idiotą, który się na to zgodził. A potem wyobrażam sobie jak go Hansen wdeptuje w ziemię.

Pochwała lądu stałego

Gdy zamykam oczy, to mi wszystko faluje. Wystarczyło kilka godzin.

Gdzieś tu w okolicy jest taki ksiądz, którego parafianie wysłali na tomografię komputerową głowy bo w czasie mszy zawieszał się na chwilę, a potem zaczynał wszystko od początku. Przez to msze trwały tu dłużej, a spowiedź wlokła się niemiłosiernie bo wszystko trzeba mu było dwa razy tłumaczyć.

Pływanie z rybakami wygląda tak, że najpierw trzeba wejść pod ławeczkę i przesiedzieć tam kilkanaście minut aż wyjdziemy z portu, w którym są „kamery, które wszystko widzą”.  Potem się wychodzi i jest walka o przetrwanie. W sensie ja walczę , a rybacy jedzą śniadanie i plotkują. Ląd majaczy w oddali. W chwilach kryzysu szacuję szanse na dopłynięcie do brzegu wpław. Im dłużej jestem na kutrze, tym bardziej mi się wydaje, że te szanse są całkiem spore.  Rybacy mówią, że ich nie mam, więc przyklejam się do mojej rurki i trwam. Czasami robię zdjęcia ale głównie nie robię bo puszczam pawia. Wolę fotografować architekturę. Ona się nie kiwa.