Miesiąc: Sierpień 2011
Tbilisi 19.08
W drodze z Erewania tutaj krajobraz opustoszał. Były tylko góry ? ani strome, ani wysokie, ciągnęły się po prostu po horyzont. Puściłem sobie Sigur Rós i patrzyłem za okno. Gdyby było chłodniej uwierzyłbym, że jestem gdzieś na północy. Nagle zrozumiałem dlaczego te obrazy Kenta wisiały w Erewaniu. To tylko kwestia temperatury i kilku jej konsekwencji. Poza tym wszystko pozostaje takie samo.
Erewań 18.08
W Galerii Narodowej wisi tu taki obraz Hovhannesa Aivazovskiego pt: ? Zejście Noego z góry Ararat?. Wynika z niego jasno, że jak schodził, to rozstąpiło się przed nim jakieś morze. Trochę nie wiadomo jakie, bo najbliższe to Morze Czarne ale do jego brzegu jest z Araratu jakieś 400 km. Mogłoby być jeszcze jezioro Van albo od biedy Sewan ale łatwiej by było iść przecież ich brzegiem niż przechodzić przez środek. W każdym razie coś się tam rozstąpiło ? idzie Noe, a za nim żyrafy, nosorożce, jakieś słonie i tych kilku szczęśliwców co się załapało na arkę. Za nimi majestatyczne dwa stożki.
Ormianie muszą być tym nieźle wkurwieni. Góra jest tuż za rzeką, ale za rzeką jest też już Turcja. W Armenii jest bank Ararat, sieć telefonii komórkowej Ara Mobile, piwo Aratat, delikatesy, co trzecia firma ma w logo dwa stożki. Ale nie mogą tam po prostu pójść.
Oglądam te obrazy w Galerii Narodowej ? na wszystkich Ararat przedstawiony jest z daleka. Mały z lewej, a duży z prawej. Niby normalne, bo jak inaczej namalować taką wielką górę. Ale ja mam wrażenie, że na każdym z tych obrazów jest też zamknięta granica armeńsko ? turecka, tyle że jej akurat nie widać, bo krzaki zasłaniają.
A potem obejrzałem obrazy Rockwella Kenta, przypomniałem sobie o upale na zewnątrz i zapragnąłem być zupełnie gdzie indziej.
Erewań 17.08
Na wjeździe do miasta był korek, więc facet pojechał pod prąd, a potem wcisnął się do szeregu aut na chama. Nikt nawet nie zatrąbił.
Erewań ożywa o zmierzchu i nie przeszkadzają mu w tym nawet rachityczne burze. Ale to wszystko nic, bo Anahit zaczęła właśnie grać na pianinie. Tego się nie spodziewałem ? ul. Sayat Nova 5, czwarte piętro, drzwi po prawej. Na zewnątrz wieje wiatr, a ona gra wszystkie francuskie szlagiery. Wyobrażam sobie, że lubi to robić, gdy we wszystkich jej łóżkach śpią obcy ludzie. Siada wtedy przy pianinie i zaczyna grać, a spaleni słońcem backpackerzy z całego świata milkną i słuchają.
Erewań jest dziwny bo wysprzątany i całkiem zorganizowany. Zupełnie nie jak reszta kraju. Tam jest syf i bieda, a tutaj high life i WiFi w każdej knajpie. I dlatego jest dziwnie. Wystarczy jednak zejść z głównej ulicy i jest przestrzenny Armagedon, że aż oczy bolą. Właśnie dlatego to wygląda trochę tak, jakby ich ktoś tu ostro trzymał za ryja, jakby im kazali sprzątać na zewnątrz, a oni sobie z tyłu i tak robili ten swój syf. Na tyłach kamienicy Anahit jest wyschnięty basen, wystarczająco spory, by urządzić w nim boisko do koszykówki. Niczego nie zmienili, po prostu gdy woda wyschła zamontowali tam kosze. Cała reszta pozostała bez zmian.
To samo jest z tą ich Kaskadą. Walnęli sobie w środku miasta wypasione wielkie schody, żeby się było można powspinać do Wspaniałej Armenii. Komu się nie chce wspinać, może wjechać ruchomymi schodami ukrytymi w środku. Na Kaskadzie wieczorami kwitnie miłość. Wszędzie leje się woda ? jakieś fontanny, strumyczki i inne wodotryski, w nocy je dodatkowo podświetlają, żeby był większy wypas. Myślę sobie, że muszą tę wodę ściągać z całego kraju bo tam sucho jak cholera. No więc jest ta ich duma, która może i trochę jedzie kiczem ale robi wrażenie. I byłoby nawet w porządku gdyby nie to, że tuż obok jest taki chlew, że rzygać się chce. Do tego posprzedawali działki w okolicy jak popadnie, więc każdy stawia swoje bez oglądania się na innych Mają więc Kaskadę, a zaraz obok architektoniczną kakofonię. Zemrzeć można od samego patrzenia.
Z kaskady widać Ararat.
Khor Virac 16.08
A potem był Khor Virac jak zakaukaska Etiopia. Rano przyszedł jakiś śniady chłopak, oparł się o drzewo i po prostu patrzył. Stał niemal w wejściu namiotu, jego obecność mnie męczyła. Tak jak tych dwóch pozostałych ? Armana i taksiarza, którego imienia nie umiem wymówić. Przyszli jeszcze wieczorem, pili piwo, palili papierosy i po prostu patrzyli. Nie byli groźni. Nie chcieli jeść. Nie rozumieli, że skoro jedzenia wyszło za dużo, to się je po kolacji wyrzuca. Nie ogarniałem tej ich nieustannej obecności. Niby bankomaty, lodówki z coca ? colą, komórki i drogie fury na drogach, a to wszystko w Khor Virac było jak w środkowej Afryce, tyle, że mieli buty. Jeszcze ten upał, sucha ziemia i wypalona trawa.
Sewan 15.08
Koleś w zdezelowanym Zaporożcu chciał za kurs 15 000 AMD. Wychodziło 120 zł. Z Giumri nad Jezioro Sewan jest 110 kilometrów. Zapewniał, że zna drogę, ale wcale nie znał. Miałem wrażenie, że jechał tam pierwszy raz. To już była Armenia. Gdy dojechaliśmy na miejsce było już ciemno. Od jeziora Sewan wiał wiatr i było zimno.
Vardzia 13.08
Wysiadanie z marszrutek musi ich boleć. Patrzę na nich jak się gramolą z tymi tobołami, przepychają do wyjścia, potrącają biodrami, a potem szarpią z drzwiami. Na zewnątrz już czekają chętni na ich miejsce. Wychodzą w upał ? najpierw oni, potem pakunki. Trochę w pospiechu, chociaż nikt ich nie pogania. Jakby chcieli mieć ten moment przejścia już za sobą.
Najbardziej mi żal ładnych dziewczyn. Wsiadają w takim Tbilisi, które przynajmniej w wersji Rustaveli przypomina ten lepszy świat. Co prawda w przejściach podziemnych jest ciemno i ktoś nasikał, ale u góry pełen szyk ? Hugo Boss, Timberland i drogie zegarki. Można się tu trochę poczuć, jakby się było gdzie indziej. Można wsiąść do metra ? trochę tam śmierdzi ale zawsze to metro. Mają więcej linii niż Warszawa. W metrze ludzie się nie uśmiechają, są poważni, nic nie czytają. Potem jest Dibude, marszrutowy pierdolnik, Sodoma, Gomora i handel żywym drobiem w jednym. Wsiada się, jedzie się. Tam był szeroki świat, 30 minut jazdy z czyjąś dupą koło twarzy i zdezelowanym telewizorem pod nogami i trzeba wysiadać, iść osraną przez krowy drogą do rozlatującej się chałupy. Wszystko kurwa marność. Ale trzeba wyjść z tej marszrutki w piach i słońce i się z tym zmierzyć. Są odważni. Ja bym chyba nie umiał. Może dlatego tak się spieszą gdy wysiadają?
Dlatego nie umiem się z nimi targować. Jakiś Polak w Vardzi wyznał, że w wiosce obok udało mu się stargować z 25 do 10 lari za nocleg. Powinienem być pod wrażeniem , ale pomyślałem sobie, że jest skurwielem. 10 lari to jest 6 dolarów. Zastanawiam się, co on sobie myślał. Że 15 lari czyli 30 zł to jest dla niego nadal za dużo jak na spanie w pościeli gdzieś na gruzińskim zadupiu? Gdzie była jego dolna granica, której dla przyzwoitości nie odważyłby się przekroczyć. Czy gdyby docisnął babinkę i zeszliby do 5 lari za pokój to nadal spałby dobrze?
Gori 12.08
W mieście ?Największego z Gruzinów? jest jego muzeum, ale nie ma już pomnika, który do 2010 roku stał na głównym placu miasta. W przewodniku ?Bezdroży? jest napisane, że Gruzini wielbią Stalina ?nie za jego wyczyny, ale za jego zdolności przywódcze?. Chciałbym poznać idiotę, który napisał to zdanie.
W muzeum można obejrzeć jego popielniczkę, wieczne pióro, płaszcz, wagon którym podróżował, a nawet dom, w którym się wychował. Są zdjęcia małego Stalinka i dużego Stalina. Zapomnieli o sali poświęconej jego osiągnięciom w kwestii szerzenia specyficznie pojmowanych Praw Człowieka na świecie. Pewnie się jeszcze remontuje.
Kazbegi 10.08
Do Kazbegi można dotrzeć z Tbilisi Gruzińską Drogą Wojenną. Po drodze mija się Krestovsky Pereval Belvedere , który sfotografował już Frédéric Chaubin, więc korciło mnie mniej. Zaraz potem droga wspina się na przełęcz, pod samymi chmurami, jest tak wysoko, że trzeba prawie schylać głowę. Nie ma asfaltu i wieje wiatr. Są jakieś domy, ale przed przełęczą się kończą. Tylko kamienie, trochę trawy i nic więcej. No i ten ogrom ? taka symfoniczność krajobrazu. Człowiek może go tylko odbierać.
Tbilisi 8/9.08
Na lotnisku czekał kierowca. Chyba w ogóle nie mówił po angielsku bo tylko machnął ręką, żeby za nim iść. Jechaliśmy do centrum mijając wielkie billboardy i nieczynne stacje benzynowe. Gdzieniegdzie na krawężnikach siedzieli jacyś faceci. Czasami w miejscach, w których nic nie było. Był środek nocy i zastanawiałem się co tam robią.
W pokoju był kryształowy żyrandol ale nie było okien.