Lubię w Budapeszcie te wysokie kamienice, tak wysokie, że trzeba ostro zadzierać głowę, żeby się upewnić, że coś poza nimi jeszcze tam jest. Chodziłem i próbowałem tam coś poczuć. Średnio wychodziło ale to chyba nie problem miasta. Może ja po prostu nie wiem gdzie to jest? Nie umiem tego wszystkiego umiejscowić i zostaje bezpańskie.
Po występach młodzi pisarze z całej Europy poszli pić piwo i rozmawiać o posmodernizmie w literaturze. Strasznie chcieli, żebym poszedł z nimi, a ja strasznie nie chciałem. Wolałem spotkanie z Głowackim. Jego ?Good Night Dżerzi? przetłumaczyli tu jako ?Good Night Jerzy? słusznie wychodząc z założenia, że fonetycznie wyjdzie na to samo. Przyszło trochę ludzi. Po piętnastu minutach słuchania połapałem się, że nie tłumaczą pytań, a tylko same odpowiedzi. Można było sobie te pytania wymyślać. Potem kawałki książki czytał węgierski aktor. Strasznie przeżywał.
W połowie spotkania Głowackiemu wysiadł mikrofon więc już nic nie słyszałem więc poszedłem na wzgórza.
W końcu było cicho i nie było nikogo. Nawet okna były ciemne. W parku na wzgórzu Gellerta spali bezdomni. Pachniało jakimiś krzakami. Chciałem zejść nad samą rzekę, kupić wino i je tam wypić, ale w sklepie nie mieli korkociągu, a ja ciągle nie kupiłem scyzoryka. Zamiast wina wziąłem colę i wyszło mniej melodramatycznie.
W samolocie w gazecie przeczytałem wywiad, w którym poważna dziennikarka najzupełniej poważnie zapytała lewicowego mędrca jak żyć. No kurwa.