jest gorzej

Od pół roku już tu nie mieszkam, więc podobno nie mam prawa o tym pisać. Więc napiszę. Mam wrażenie, że w Poznaniu jest gorzej. Może dlatego, że gdy ostatnio przyjechałem byli jeszcze studenci i jakoś wypełniali tę pustkę. Potem było Euro i wszystko było know how i koko spoko. Niewiele z tego zostało, zielony entuzjazm Irlandczyków gdzieś pofrunął (zostało tylko ?thiz iz ałer potejto? ) . Tak – dziś było inaczej. Ruchome schody na wypasionym nowym dworcu nie działały. Niby nic, ale na własnej skórze można było poczuć, że tam naprawdę z niemal każdej strony jest pod górę. Słabe to jest.

Potem było miasto ? bardzo nowe i bardzo puste knajpy na Ratajczaka. Zastanawiam się ile pociągną. Puste stoliki w Pracowni. Hummus i deszcz. A później panienki w różowych miniówkach zapraszające do nowych klubów go-go otwartych na Starym Rynku. Jedna z nich wyglądała jak szesnastolatka przebrana za dorosłą kobietę. Stała przy Wrocławskiej i nas zapraszała, mimo, że zupełnie nie wyglądaliśmy, jakbyśmy mieli chociaż cień szansy przejść selekcję u dwóch karków na bramce. A jeśli mieliśmy, to znaczy, że jest tam jeszcze gorzej niż na to wyglądało.

Automat na bilety nie chciał moich pieniędzy. Ten w tramwaju nie działał. Za to na krzesełkach były dwa koziołki i piłka. Krzesełka też były puste, cały tramwaj był. Nikt nie jechał wieczorem z centrum na Łazarz i Górczyn. Szoszon mówi, że to przez to, że wszyscy oglądali mecz Polski z Włochami na Olimpiadzie. Ale ja w to nie wierzę. Przecież w Poznaniu liczy się tylko piłka kopana. Tramwaje ze stadionu były na pewno pełne ludzi.

Do Sopotu

18 i 19.08 występy w Sopocie. Oprócz tradycyjnego już gadania, które tym razem poprowadzi Paweł Goźliński będą też warsztaty o tym jak (nie)łączyć pisania i fotografowania. 3 godziny więc da się znieść. Jak się komuś nie będzie podobało to będzie można iść na spotkanie z Hołownią bo będzie obok. Tak czy inaczej zapraszam. ( Cały program wyświetli się wtedy gdy się kliknie na powyższy obrazek)

Sieraków-Wrocław-Poznań

W hotelu jest Canal+, a w Canal+ puszczają dziś ?Somewhere?. Nie jestem fanem tego filmu ale i tak go lubię. Soffia Coppola opanowała w nim do perfekcji nadawanie sensu scenom tylko przez ich wydłużanie. Najbardziej lubię tę, w której Johny Marco pływa na materacu w basenie. Jest strasznie długa i irytująca. Pod koniec umieram już ze śmiechu, a on niespiesznie wypływa z kadru.

Ulice Wrocławia ? puste, zakurzone i ciepłe. Mało co mnie przeraża, jak takie niedzielne popołudnia. Na ulicach nie ma prawie w ogóle ludzi, a ja się wtedy zastanawiam czy nie wydarzyło się coś o czym nie wiem, coś co kazało im zostać w domu. Zaraza albo wojna.

A zdjęcia są z wiatraka, który nie miał skrzydeł.

to die in Die

Jedzenie w samolocie z Warszawy wyglądało tak, jakby ktoś je już wcześniej jadł i tylko dla niepoznaki położył na wierzchu kulkę świeżej mozarelli.

W Monachium wiatr jak na reklamie lakieru do włosów i blond panowie w dobrych garniturach z nieśmiertelnymi uśmiechami Colgate przyklejonymi do twarzy. Każdy z nich dzierży plik gazet. A więc jeszcze nie umarły!

W drodze do Lyonu białe Alpy na horyzoncie, które wyglądają jak trochę inne chmury. Koleś mówi, że mijamy Mount Blanc. Chcę popatrzeć ale jakieś francuskie dzieciaki przyklejone do szyby zasłaniają mi widok. Zresztą nawet nie wiem czy francuskie bo jest ich troje , a mówią w czterech językach. Tak czy inaczej zasłaniają. Mogę tylko patrzeć w drugą stronę ale tam jest płasko i nudno. Za to jedzenie jest lepsze. Czyli wiadomo, że antypolski spisek Lufthansy. Chcą nas zniechęcić do ruszania się z miejsca, wolą jak siedzimy u siebie, więc serwują ten shit, myśląc, że nam się odechce. Ale my jesteśmy twardzi. Nie takie gówna się jadło, nie w takich warunkach latało. Jakby szefowi Ryanaira pozwolili wprowadzić miejsca stojące w samolotach Europa już dawno byłaby nasza.

Z Lyonu do Valence, z Valence do Die. Na boisku piłkarskim w Crest pasą się konie, w Sillance słońce w końcu chowa się za góry i krajobraz staje się matowy i wilgotny. Namioty nad rzeką. Oglądam Francję jakiej bym sobie chyba nie wymyślił. A potem jest już Die i wszystko wraca na stare tory oczekiwań. Czyli jest uroczo. Kamień, dachówka, wąskie uliczki, pastelowe okiennice i uśmiechnięci ludzie pijący wino. Można rzygać tęczą   ;   ).

W jednej z ostatnich prac Elżbieta Cieślar zapytała swoich sąsiadów czym jest dla nich wolność. Pewien chory na Alzheimera mieszkaniec Die odpowiedział, że ?wolność to wszystko, z wyjątkiem byle czego?.

W Die mieszka też pewien anarchista, który przez kilka lat walczył tylko o to by część miasta, w której mieszka nazywała się wspólnotą, a nie dzielnicą. Udało mu się i teraz on i jego sąsiedzi mają to w papierach. Niby fajnie ale czy to znaczy, że oni już tam nie mają poważniejszych problemów? Chyba mają. Na ostatnie spotkanie organizacji pozarządowych działających w Die przyszli przedstawiciele 45 stowarzyszeń. Frekwencja była tak mała, bo spotkanie zwołano w dzień powszedni i członkowie 30 pozostałych nie mogli się urwać z pracy. Die liczy sobie 4500 mieszkańców.

Nie umiem nie mieć kompleksów we Francji. I pewnie dlatego nigdy nie nauczę się ich języka. Kalecząc francuski miałbym poczucie, że dokonuję zbrodni na czymś ważnym i wartościowym . Czułbym się jak prostak. Podobnie mógłbym się czuć gdy kaleczę angielski ale na szczęście powstały Stany Zjednoczone i one wydają się być usprawiedliwieniem dla wszystkich językowych błędów, nawet tych ortograficznych.