Do Görlitz. Kawałek za Legnicą zaczął się śnieg. We Wrocławiu go jeszcze nie było, a tutaj wszystko było białe. Jechałem słuchając Varud. Gdy minęliśmy Węgliniec przykleiłem się do szyby. Niby nic się nie działo ale ja miałem w głowie opowieść Karla Heinza Friebe o tym jak za Węglińcem zerwał z ramienia białą opaskę, która oznaczała, że był Niemcem i wyrzucił z pociągu do rzeki. Bałem się, że przeoczę tamten most. Jechałem do Niemców opowiadać im o ich Kupferbergu i naszej Miedziance, jechałem do Görlitz tą samą drogą, którą wtedy jechał Friebe. Most był wysoki i solidny. W dole widać było rzekę i porośniętą drzewami wyspę. Robiłem zdjęcia. Chwilę później pociąg wtoczył się na dworzec w Görlitz, a ja zobaczyłem na peronie Maxa. Zawiózł mnie do hotelu i pojechał zajmować się synem. Miałem pół dnia na obejrzenie wszystkiego.
– To tylko skorupa, miasto jest mniejsze niż będzie ci się wydawać – powiedział zanim zniknął.
Było zimno, a w powietrzu wisiała mgiełka, która kropelkami osiadała mi na okularach i obiektywie. Nie miałem czym tego wytrzeć więc chodziłem taki zamglony. Podobało mi się tam. Było pusto i dostojnie. Tylko na rynku kręciła się ekipa filmowa. Podobno przyjechali z samego Hollywood, gdzieś tam między nimi był Jeff Goldblum i Oven Wilson. Niemcy mieli to w dupie. Siedzieli w domach albo w pracy. No więc na rynku stał kamper z żarciem dla filmowców i kilka zabytkowych samochodów. Ja poszedłem w stronę kościoła. Chciałem go obejrzeć bo Max powiedział, że to najważniejszy zabytek w całym mieście. Zabytek był zamknięty. Z jego schodów zobaczyłem jednak drugi brzeg, ten polski. To nigdzie nie było tak wymowne jak tu. Ten most, biało czerwony słupek, a zaraz za nim zrujnowana kamienica z wymalowanym żółtą farbą napisem „ZIGARETTEN”.
Sam nie wiem jak się tam znalazłem, nie wiem jak zaplątałem się między te bloki. Wyłoniły się całkiem nieoczekiwanie z mgły. Były szare i wielkie, żadna tam pasteloza i piramidy. Zaraz potem zgubiłem się, straciłem orientację. Musiałem włączyć w telefonie mapę, żeby się znowu odnaleźć. Szukając wyjścia pomyślałem, że zamiast chodzić po wymuskanej starówce Gorlitz ja po dwóch kwadransach wracam na stare śmieci. Jakbym kurwa był już na te bloki skazany. Mogę sobie wmawiać podziw do niemieckiego gotyku ale prędzej czy później i tak skończę w oszczanym prześwicie pod blokiem z wielkiej płyty fotografując przelewający się śmietnik albo martwego szczura. Albo bałwana wyglądającego trochę jak fiut.
Zgorzelec to już jednak było za dużo. Jedno z tych miejsc, w których samobójstwo nie byłoby dla mnie kwestią stanu ducha, tylko kwestią czasu. Nie dawałem tu rady. Na niemiecki brzeg wracałem niemalże biegiem, na moście czułem się jak zdrajca.
Na spotkanie przyszło kilkanaście osób. Max tłumaczył na niemiecki, ale ja po ich twarzach widziałem, że rozumieli co mówię. Od czasu do czasu rzucałem coś zabawnego, a oni uśmiechali się jeszcze zanim zdążył im to powiedzieć po swojemu. Potem poszliśmy coś zjeść, a on cały czas opowiadał mi różne historie o mieście. Wszystkie były niesamowite.
Następnego dnia, rano musiałem jednak wrócić. Przez puste Görlitz zszedłem nad rzekę. Po drugiej stronie czekał już taksiarz w mercedesie „beczce”. Wsiadłem i od razu mu powiedziałem, że ma piękny samochód. Nie chciałem jechać przez to miasto w ciszy. Gadał całą drogę o tapicerce i o tym, że części kupuje oryginalne u Niemców. Przejechał tym wozem 750 tysięcy kilometrów, ostatnio jakiś kolekcjoner z Hamburga chciał mu za niego dać 5 tysięcy euro. Odmówił.
Na dworcu Zgorzelec miasto nie było nikogo. Na pustym placu stało siedem połamanych ławek. Kasa była w kontenerze z blachy. Kobieta w środku paliła papierosy. Sprzedała mi bilet nawet na mnie nie patrząc. W pociągu okazało się, że sprzedała mi zły.
Gdzieś za Pieńskiem zaczął się las. W gęstej mgle było widać tylko pierwsze rzędy drzew. W pewnej chwili zobaczyłem zdezelowanego kombiaka, który przedzierał się z mozołem przez śnieg i błoto. Strasznie przy tym kopcił. Kierował nim jakiś facet, drugi siedział jako pasażer. Mieli otwarte okna. Jestem pewien że w bagażniku wieźli trzeciego z siekierą w głowie. Albo coś równie okropnego.