
Kilka lat temu przyjechałem tu po raz pierwszy, dokładnie o tej samej porze, jakoś pod koniec czerwca. To była najmniej nocna noc jaką w życiu pamiętam. I teraz jest podobnie. Trzeba by pojechać bardziej na północ, żeby przeżyć coś więcej.
Ale najpierw była ta wariatka na Młocinach, która wyzywała wszystkich od skurwysynów, a najbardziej to obsługę autobusu. Chciała kupić bilet. Była tak wytrwała i tak zaciekła, że w końcu jej powiedzieli, że jej nie zabiorą. Wtedy wpadła szał, a my odjechaliśmy. Pamiętam jej męża, stał z torbami i patrzył na wszystko obojętnym wzrokiem.
Potem na stacji gdzieś pod Ostródą- kwaśny hot-dog i chemiczna kawa, mimo że upał. Z plamy cienia obserwowałem faceta z małym pieskiem. Szli sobie razem, pies na smyczy, facet z podniszczoną torbą, w której zgrzytały pogniecione puszki. Od śmietnika, do śmietnika. Człowiek zanurzał rękę w kuble, a pies obsikiwał i niuchał po okolicy w promieniu długości smyczy. Byli zespołem – jeden z nich teren znaczył, drugi eksploatował. Musieli przyjść z daleka, bo w pobliżu była tylko ta stacja i McDonald’s kawałek dalej. Wyobrażałem sobie, że idą tak przez całą Polskę. Od złomowiska do złomowiska. Nieustannie pozostaję bezradny wobec widoku takich ludzi z psami. Jeden z nich siedzi często w Poznaniu na Placy Wiosny Ludów, niedaleko tych pieprzonych bud z kurczakami i straganami z tanimi ciuchami. Rozkłada się na ziemi, pod pazuchą trzyma czarnego kundla z białymi łapkami. Kundel siedzi cicho. Zawsze gdy ich widzę muszę w sobie zwalczać chęć oddania im wszystkich pieniędzy jakie mam. Bankomat jest w pobliżu.
Ci w Ostródzie byli trochę podobni, ale nie było w nich takiej rezygnacji. Byli w ruchu, przemieszczali się, działali. Ja też byłem w ruchu, bo zaraz mieliśmy przecież pojechać dalej.
Ale teraz Gdynia. Upał i mewy między blokami. Zrobiłem swoje, jest dziewiętnasta i coś trzeba z resztą dnia zrobić. Poszedłbym nad morze ale to strasznie daleko i nie mam siły na samą myśl, że miałbym tam iść przez całe miasto, między tymi wszystkimi ludźmi. Wędruję więc bocznymi ulicami, z których upał wymiótł wszystko co żywe. Wędruję szlakiem klimatyzatorów, cienistych bram i lodówek z coca-colą. Potem dostaję SMS-a z Danii, że tam tylko 25 stopni. Północ to jest zawsze lepszy kierunek.
