Piła – Poznań

Taksiarz czekał pod hotelem o umówionej godzinie. To była czerwona Dacia ale w zagłówkach miała zamontowane panele LCD. Na jednym z nich odciśnięty był tłusty ślad czoła poprzedniego pasażera. Gdy otworzyłem drzwi, taksówkarz już mówił. Coś tam gadał o mieście, przymrozku, śliskiej drodze, drogim paliwie. Myślałem, że rozmawia przez telefon, ale mówił do mnie. Miałem wrażenie, że się tylko do tego mówienia dosiadłem, że moja obecność nie robiła mu wielkiej różnicy. Zapytał dokąd jadę. Powiedziałem, że do Warszawy, a on zaczął się ze mnie przeraźliwie śmiać.
– Byłem raz, leciałem na Grecję. Wysiedliśmy z autokaru na Wilanowskim. Chcieliśmy się przejść do centrum, ale po trzystu metrach skończył się chodnik.
– To w złą stronę poszliście – próbowałem tłumaczyć – bo tam są chodniki.
– Nie, nie proszę pana, ja za taką stolicę dziękuję serdecznie – mówił i zaśmiewał się do łez – bez chodników!
Jechaliśmy przez budzące się miasto, a z mgły wyłaniał się właśnie majestatycznie neonowy „rogacz na wieżowcu, którym Piła witała jeleni”.

Pociąg był pusty i gorący. Ciepłem, które emitują stare składy EZT można by pewnie ogrzać pół Polski. Te czerwone skajowe siedzenia muszą być z azbestu. Nic innego nie wytrzymałoby tych temperatur. Kiedyś zrobię drożdżowego ciasta i gdzieś na trasie Piła – Złotów, albo Milicz – Krotoszyn wstawię pod ławkę na ten kaloryferek. Jestem pewien że się upiecze.

Zatelepało i ruszyliśmy. Cały skład jęczał jak zarzynany mamut. Elżbiecie „Sorry taki mamy klimat” Bieńkowskiej, która ostatnio zapowiedziała, że priorytet będą miały jednak drogi, a nie kolej, kazałbym jeździć tym złomem przez miesiąc do pracy. Może zmieniłaby zdanie.
W przejściu między przedziałami przyklejona była na ścianie ta słynna mapa linii kolejowych w całym kraju. Większość z tej siatki była nieczynna, bo mapa i cały wagon były stare jak świat. Oglądałem Wielkopolskę. Patrzyłem na Gniezno i Wrześnię. Niecałe 25 kilometrów w linii prostej. Ale trzeba jeździć przez Poznań. Czasami dwie godziny, czasami dłużej. Jakby ten Poznań był jakimś centrum wszechświata.

Poranek był raczej bez koloru.Tłukliśmy się tym mamutem z mozołem przez północną Wielkopolskę, licząc na jakąś zmianę, ale pejzaż miał się zabarwić dopiero gdzieś przed Poznaniem. I to jakoś tak bez przekonania. Próbowałem robić zdjęcia przez okno, ale aparat w tej monotonii nie miał się o co zaczepić i gubił ostrość. Brakowało też światła i wszystko wychodziło niewyraźnie.

Tuż za mną usiadły dwie starsze kobiety, z rozmowy wynikało, że emerytowane nauczycielki. Jedna tokowała bez przerwy o jakichś obuwniczych promocjach, do samych Obornik Wielkopolskich tak ględziła, że wyrwała jakieś kozaki na promocji za 20 złotych i że jej się rozpadły na nogach zaraz po wyjściu ze sklepu. Była szczerze rozczarowana, że ją tak ktoś oszukał. Nawet jej trochę współczułem. Ta druga milczała, słuchała albo udawała, że słucha. Pewnie kiwała głową, ale tego nie widziałem. W końcu przerwała ten obuwniczy lament i rzuciła drżącym głosem:
– Do kurwy nędzy, przecież te pociągi wyglądają jak za ciężkiej komuny.
Tamta od butów zamilkła na chwilę, a potem zauważyła trzeźwo:
– Za komuny to one chociaż były nowe.

Zmiany na stronie

Na stronie, która jest tak w ogólności stroną starą pojawiło się kilka rzeczy, które sprawiają, że trochę odmłodniała. Po pierwsze stoi już na wordpressie więc będzie sobie można ją oglądać na tabletach, sartfonach i innych takich. I to po prostu fantastycznie bo wiadomo, że teraz to już po prostu wszyscy tak robią i w ogóle.

Po drugie w zakładce książki pojawiła się „Wanna…” wraz z wycinkami recenzji. Oczywiście tych pozytywnych bo kto by publikował na swojej stronie negatywne recenzje swoich książek. Tylko jakiś głupek.

Po trzecie pojawiła się MAPA Chwilę mi zajęło jej przygotowanie ale cieszę się, że już jest i że w takiej postaci. Na mapie są pinezki – a każda z nich jest linkiem do jakiegoś tekstu. W zdecydowanej większości te teksty to rzeczy z bloga. Ale trafiają się też felietony ze strony Zwierciadła (bo były o miejscach) albo teksty z Polityki. Dzięki mapie można będzie czytać bloga nie chronologicznie, a przestrzennie – np. przejrzeć wszystkie teksty o Miedziance jakie napisałem na bloga albo o Irlandii Północnej. Albo o Pcimiu (niestety póki co nie ma tam żadnej pinezki ale mapa będzie na bieżąco aktualizowana więc można ją sobie ustawić na Pcimiu i się w nią wpatrywać).

Po czwarte – pojawiła się angielska wersja strony . Już w końcu byłem w tej Ameryce i oni tam naprawdę nic nie rozumieją gdy się do nich mówi po polsku, a przecież wiadomo, że każdy chce zrobić dziką karierę w Ameryce, co najmniej taką jak Janusz Głowacki, więc ja też chcę i mam w tym celu stronę po angielsku.

Po piąte – już jakiś czas temu ruszył mój profil na Instagramie gdzie publikuję zdjęcia z zaplecza projektów, nad jakimi aktualnie pracuję. Jest też od dawna profil na Facebooku i tam np. pojawiają się informacje o tekstach publikowanych w prasie, spotkaniach autorskich i innych występach, a także luźne notki pisane głównie ze środków masowego transportu o współpasażerach i widokach za oknem.

Lublin – Konin – Poznań – Opole


W Lublinie mówili mi z dumą, że to ostatnie miejsce w Polsce, w którym jeszcze jako tako trzyma się zima. Fotoreporterka, która wpadła na spotkanie tłumaczyła się, że ma brudne buty, bo przed chwilą wróciła z fotografowania odciętych śniegiem wiosek. Starszy pan opowiadał jak spektakularnie zakopał się w jakiejś zaspie. Jakby to był jakiś ostatni bastion, oblężona twierdza. Miałem wrażenie, że będą się bronić przed wiosną do upadłego.
W Macu w centrum królowały kobiety w futrach i gimbaza. W proporcjach jeden do jeden, bez żadnych domieszek, ale to gimbaza była bardziej widoczna. Kolesie rzucali się frytkami, a panienki chichotały nad ekranami smartfonów. Było zupełnie jak w Macu gdzieś na obrzeżach Dublina albo Londynu, tylko mówili inaczej. Wszedłem tam zjeść martwą bułę, bo na nic więcej nie miałem czasu. Patrzyłem na te babki w sztucznych gronostajach siedzące w milczeniu nad swoim mięsem. Były niewzruszone, mimo, że nad nimi od czasu do czasu przelatywała frytka. Nic sobie z tego nie robiły, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie.
Potem było spotkanie. W rozmowie pojawił się nawet wątek Kościoła i jego odpowiedzialności za przestrzeń. „No bo jednak 90{c92213ab396e85e242bc6763f81e0002fa67c6894c0d5c69cca81b4ada975848} społeczeństwa deklaruje…”. Pomyślałem sobie, że odpływamy w abstrakcję bo te 6 baniek z Ministerstwa Kultury to jednak nie idzie na nową kaplicę z Ronchamp, ale bardziej na wyciskarkę do zajebiście dużych cytrusów. No więc gdy tak sobie myślałem, że dywagujemy już o mocno teoretycznych sytuacjach odezwał się ten gość z balkonu. Mówił o edukacji ale też o tym, że jako społeczeństwo musimy przyjąć do wiadomości, że nie znamy się na wszystkim, że przestrzeń jest jedną z tych rzeczy, które musimy oddać specjalistom i w dodatku dorzucić nową definicję prawa własności, bo ta którą mamy nie pozwala na jakiekolwiek w tej przestrzeni zmiany. Zgadzałem się z nim całkowicie. Tyle, że to w Polsce jest jeszcze bardziej abstrakcyjne niż ta odpowiedzialność Kościoła za przestrzeń. Rozstaliśmy się w pokoju.
Gdy wyszedłem zimy już właściwie nie było. To znaczy śnieg jeszcze leżał, ale było już czuć, że idzie ocieplenie. Przy bramie Grodzkiej stał człowiek – drogowskaz. Na długim kiju miał zamontowaną wielką, białą strzałkę, a na niej napisane – „Książki za 1 zł”. Zachęcał przechodniów, zagadywał, momentami nawet podśpiewywał. Gdy przechodziłem obok niego powiedział głośno hasło ze strzałki, a potem zwrócił się do nie konspiracyjnym szeptem, jakby chciał mi sprzedać heroinę:
– Poważnie mówię.
W drodze do hotelu wstąpiłem jeszcze do tego samego Maca by kupić sobie herbatę na wieczór. Przy kasie stała elegancka para. Mieli może po czterdzieści lat, wyglądali jakby wracali z jakiegoś teatru, albo filharmonii. Elegancja Francja. Wpatrywali się przez chwilę w podświetlone panele z żarciem, aż wreszcie ona przemówiła:
– Ja to bym jednak z chęcią te nuggetsy opierdoliła hurtem jak mam być szczera.

Dzień później pojechałem do Konina. Dotarłem spóźniony bo sorry, ale taki mamy klimat. Spotkałem się z M. , zrobiliśmy co mieliśmy zrobić i ruszyliśmy do Poznania. Po drodze gadaliśmy trochę o pogodzie, trochę o kolegach po fachu, a trochę o fotografii. W końcu zeszło na te wszystkie cywilizacyjne zdobycze typu – jedno kliknięcie i masz bilet w telefonie. Kipiałem entuzjazmem, że to takie dziś łatwe. A M. tylko zapytał:
– Ciekawe gdzie są ci wszyscy ludzie, którzy to kiedyś obsługiwali no nie?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, on o tych ludziach zrobił książkę. Napisałem o niej do Xięgarni. Będzie w poniedziałek.

Na koniec było Opole. Na spotkaniu w bibliotece dziki tłum ludzi i jednak nie przestaje mnie to dziwić. Ale teraz było trochę inaczej, bo w pierwszym rzędzie siedzieli wojewoda, prezydent miasta, wiceprezydentka i szef wydziału urbanistyki w magistracie. Ludzie, gdy tylko usłyszeli, że władza jest na sali to się na tę władzę spektakularnie rzucili. Atmosfera zrobiła się przez chwilę taka jak na konsultacjach społecznych w sprawie likwidacji przedszkola niepełnosprawnych dzieci samotnych matek. Czyli, że raczej gorąco. Po 15 minutach zaczęło brakować tlenu. Chłeptałem wodę i starałem się nie odzywać bo nie znałem lokalnych kontekstów. Można sobie na urzędasach i politykach psy wieszać, ale prawda jest też taka, że od premiery „Wanny…” parę tych spotkań już było, a to jest pierwsze, na którym stawił się komplet najważniejszych urzędników w regionie. I tyle w temacie.