150 minut


Bydgoszcz:
Po spotkaniu poszedłem sobie kupić coś na wieczór i jak zwykle nie mogłem znaleźć spożywczego. Miasto było puste i mokre. Łaziłem beznadziejnie odbijając się od witryn banków, aż w końcu coś znalazłem. Ale to był ten typ sklepu, w którym colę trzymają w tych samych lodówkach co mięso. Już kiedyś sobie obiecałem, że takie bluźniercze praktyki będę bojkotował. Skończyłem w kawowej sieciówce. Dziewczyna z obsługi uparła się, że „przyrządzi” mi kanapkę na ciepło, choć ja chciałem tylko kupić i jak najszybciej stamtąd wyjść. Ale jej musiało się zajebiście nudzić bo dookoła nie było nikogo. W końcu postawiła mi na ladzie kubek z herbatą i te kanapki. Z kieszeni wyjęła małą klepsyderkę z kolorowym piaseczkiem.
– Herbata musi się parzyć pięć minut – zaordynowała kategorycznie.
– Ale nie będziemy tyle czekać prawda? – powiedziałem, podziękowałem grzecznie i wyszedłem. Później zrobiło mi się jej trochę żal ale to była jedna z tych sytuacji gdy nie ma już możliwości powrotu. Szedłem więc z tą niedoparzoną herbatą do hotelu, a kanapka na gorąco parzyła mi przez kieszeń kurtki udo. Na rynku też było pusto. Na środku stała tylko dziewczyna z różowym parasolem Cocomo. Miała nagarniać naiwniaków, którzy chcą wydać kilka tysięcy na drinka. Ale nie bardzo było kogo zaczepiać. Gdy usłyszała kroki odwróciła się w moją stronę, obrzuciła znudzonym spojrzeniem i wróciła do grzebania paluchem w telefonie.

Toruń:
– Bo w Solcu kogoś rozjechało na śmierć – powiedział i usiadł. Z torby wyjął małego laptopa, otworzył go i włączył sobie kabareton. Jakieś Ani Mru Mru w Mrągowie czy coś równie przezabawnego. Bez słuchawek. Na moje pytająco-błagające spojrzenie powiedział tylko:
– Trzeba zabić jakoś czas bo chwilę tu posiedzimy no nie? – i chrupnął czipsa.
Byliśmy w dupie. Wyszedłem z poczekalni na peron. Na ławeczce przy szlabanach siedział bojownik o prawdę. Miał może ze dwadzieścia lat, czarny garniak, koszulę bez krawata i biało- czerwoną flagę zwiniętą karnie wokół kija od szczotki. Jak w mordę strzelił jechał na Krakowskie Przedmieście. To w końcu 10 kwietnia, w końcu to Toruń. Jeśli skądś ma wyruszyć odsiecz to właśnie stąd.
Kawałek dalej był już krajobraz po bitwie. Na ławkach rozwaliło się pięciu kolesi. Też czekali na mój TLK „San” * (Bydgoszcz – Przemyśl – how sad is that?). Ale oni akurat byli już nawaleni gdy o żadnym opóźnieniu nie było jeszcze mowy. Teraz już właściwie nie mieli kontaktu z posmoleńską rzeczywistością. Dookoła walały się butelki. Jakby powiedział mistrz Herbert wyglądało to tak jakby „wielka uczta zakończyła się rzezią”. Gdy pociąg w końcu wtoczył się na peron konduktor dobrotliwie budził ich trącając czubkiem buta. Zwijali się niemrawo i pakowali bety do wagonu.
Potem ruszyliśmy, a kierownik składu przed każdą kolejną stacją mówił, że nadal mamy 150 minut opóźnienia „z powodu TRAGICZNEGO, ŚMIERTELNEGO wypadku w Solcu”. Powtórzył to tyle razy, że gdy wysiadałem w Warszawie byłem jednym wielkim wyrzutem sumienia, że udało mi się przeżyć.