Czasami nie wierzę, że się to dzieje. Ciągle zbiegi okoliczności, które, cytując mistrza, „wyglądają jak wyrafinowany plan”. Spotykamy ludzi, którzy po trzech minutach rozmowy zaczynają opowiadać nam historie, od których chce się wyć. Jesteśmy tu raptem dwa dni, a mimo to już wiemy, żeby nie zadawać niektórych pytań.
Spitak podniesiony z gruzu, ustawiony w tym samym miejscu, z dykty, blachy, sklejki i garści kamieni. Trochę betonu, trochę stali, trochę kurzu i mnóstwo smutku. Wczoraj Tatul zabrał nas pod pomnik ofiar trzęsienia ziemi. Szedł przez zielsko, rozgarniał je co kilka kroków i z kamiennych tablic odczytywał liczbę ofiar w kolejnych wioskach z okolicy. W końcu dotarł do Spitaka i przeczytał, że w ciągu minuty zginęły tam 1003 osoby. Staliśmy nieco zmieszani bo wszędzie czytaliśmy, że więcej. W końcu Katrin podeszła do tej tablicy jeszcze raz i pochyliła się nisko.
– 4003 – powiedziała – ta jedynka wygląda po prostu jak czwórka.
A więc jednak co piąty żyjący wtedy w mieście człowiek.
Dziś poszliśmy na cmentarz. Łuczak fotografował nagrobki, ja czasem trzymałem mu białą szmatę, a czasem po prostu patrzyłem na miasto. To nieprawda, że ten cmentarz widać tu z każdego miejsca. Szczerze mówiąc prawie w ogóle go nie widać. Ale na pewno go czuć.