Ze Spitaka


W innych okolicznościach pewnie by mnie to rozbawiło- gdy wyjeżdżaliśmy ze Spitaka zaczął padać deszcz. Już wcześniej tu padało, ale teraz zrobiło to na mnie jednak wrażenie. Puściłem Varud i patrzyłem na góry. Nie na domy, nie na ten pierdolnik, na który tu nie umiem się nawet wkurwić. Na góry. Wznosiły się tuż za ostatnimi zabudowaniami. Były nagie, surowe, zielone i usiane skałami. W samochodzie było chłodno więc z łatwością mogłem sobie wyobrażać, że to Skandynawia – jakaś Norwegia albo Islandia. Wystarczyło nie patrzeć na domy. Ale to tutaj to była Armenia- nie dało się o tym zapomnieć.

W tylu miejscach świadectwa, że zrezygnowali i coś porzucili. Niedokończone drogi, domy, fabryki, obory, stacje benzynowe. Jakby stracili nadzieję w połowie roboty i po prostu stąd odeszli, może szukać szczęścia gdzie indziej. Ludzie pełni nadziei w tym nasączonym rezygnacją pejzażu.

Ale i tak ciągle się tu dzieje. Jedni coś wiozą, inni niosą, ten ciągnie, tamten pcha. Dywan, tapczan, starą szafę, zwój przewodów albo plastikowych rurek. Budują. Ewentualnie budowali lub zaraz będą budować. Potem to porzucą. Może nie starcza im po prostu cierpliwości, może przypominają sobie tamto trzęsienie, miasto w ruinie. A może po prostu dostrzegają, że to donikąd nie zmierza dopiero wtedy jak zaczną- przywiozą pustaki, ustawią szalunki, zmieszają cement. Dlatego to porzucają. Szybko jednak o tej swojej rezygnacji zapominają, zapala się w nich nowy płomyk, nowa chęć zmiany i zaczynają coś nowego? I tak w kółko.

Tak sobie myślałem jadąc na tylnym siedzeniu starej Astry. Michał siedział z przodu i gadał z taksiarzem bez nogi. Hamulec naszego opla wciskała plastikowa proteza. Michał rozmawiał, ja powinienem słuchać, ale już nie byłem w stanie. W najlepszym wypadku znałem tę historię, miałem takich cały notes i właśnie zaczynałem się zastanawiać co zrobić by nimi nie epatować gdy zacznę pisać. W najgorszym wypadku historia, którą opowiadał nasz taksówkarz była jeszcze smutniejsza niż wszystkie pozostałe. Miała być może tyle reporterskiego mięsa, że możnaby nimi obdzielić kilka książek. Nie słuchałem jej więc zupełnie świadomie. Wiedziałem jak trzeba ją napisać by poruszyła do łez. Trochę mi się od tej wiedzy robiło już niezręcznie.

24 godziny później siedziałem na Skwerze Designu w Gdyni i czekałem na możliwość wygłoszenia wykładu o tym jak nam to parszywieje przestrzeń w Polsce. W głowie kłębiły mi się obrazy zagrzybiałych baraków Spitaka, w dłoni tracił swoją rześkość organiczny soczek, który kupiłem za równowartość tygodniowej wypłaty Dawida Pogosyana, człowieka, który z bólu po utracie syna wyrwał sobie sam wszystkie zęby. Tuż obok brodate i zakurzone niedobitki Opener’a okupowały Żabkę. Obok mnie młodziKreatywni w panamach (p-a-n-a-m-a-c-h) starali się nie słyszeć jak jakiś bezdomny tłumaczył im, że nie jadł nic od rana. Dobrze im szło. Udało im się go zamienić swoją obojętnością w czyste powietrze.
Kawałek dalej stanęły dwie młode miłośniczki designu. Perorowały:
– A te mebelki bardzo mi się podobają wiesz, baaardzo, taka lekka forma, no nie, nienachalność taka ale też industrial taki trochę no nie? – tak sobie plotły stukając pazurami w GorillaGlass, żeby przyinstagramić dzieło designu na Skwerze Designu w letniej stolicy Designu. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie mówiły o europaletach ułożonych w równy stosik.

Tak, ewidentnie nie byłem w nastroju. Miałem ochotę stamtąd prysnąć i uratować jakiś kawałek świata, w tej jego części, w której udał się jakby mniej. Wiedziałem, że muszę to przeczekać, że samo przejdzie. Zrobiłem ten wykład, pojechałem do hotelu.
Dzień później Michał napisał do mnie sms-a:

„Czuje się jakbym obejrzał trudny film i teraz mnie gniecie”

A potem jeszcze jednego: „W Spitaku było dziś małe trzęsienie ziemi. Ale nikomu nic się nie stało”