Złudzenie

Rano było szaro i jeszcze bardziej pusto niż w sobotę wieczorem. Na rogu Starego Rynku i Kowalskiej siedział starszy facet z gitarą i zaczepiał ludzi. Chciał pieniędzy. Był głośny i nachalny. Gdy mijali go obojętnie zaczynał bezładnie walić w struny i fałszować prosty refren:
– Ty świnio, ty świnio, ty świnio.
Przyglądałem mu się z daleka, wyszedłem tylko na chwilę po tabletki bo całą noc bolała mnie głowa. Był niedzielny poranek i starzy ludzie szli w stronę katedry. W powietrzu wisiała sina mgła. Przy wybebeszonym śmietniku obok muzeum buszowały czarne ptaki. Wygrzebywały resztki powiększając burdel dookoła. Kawałek dalej koleś z dziecięcym wózkiem obładowanym klamotami obchodził swój rewir – wygrzebywał z kubłów butelki, puszki i makulaturę. Chciałem mu zrobić zdjęcie ale gdy zobaczyłem, że w ogóle nie zwraca na mnie uwagi odpuściłem.

W hotelu na śniadaniu byłem sam i bohaterowie „Barw szczęścia”. Dzisiejszy odcinek był o tym, jak wybrać ojca chrzestnego dla swojego dziecka. Potem dołączyli jacyś Niemcy. Usiedli w najdalszym kącie, pod ścianą z archiwalnymi zdjęciami. Wyławiałem słowo „Elbing” z ich rozmowy, potem pokazywali coś palcami na zdjęciach. Tak, Elbing już nie ma. Zostało filmowe miasteczko, które już dawno opuściły ekipy z kamerami. Miasto – atrapa, miasto złudzeń. Coś na kształt ale tylko w połowie. Przez to fascynujące ale jednak smutne, że im się nie udało tego skończyć.

Zobaczyłem ich na Alei Grunwaldzkiej. Szedłem na dworzec gdy wyłonili się spomiędzy drzew. Ojciec i syn. Obaj niemal identyczni tylko w różnych rozmiarach. Ten mniejszy kierował samochodzikiem na radio. Autko podskakiwało na wybojach, swawoliło w trawie, z lubością przejeżdżało przez kałuże robryzgując wodę i błoto. Dzieciak miał w rękach radiowy kontroler, ale w ogóle się tym nie ekscytował. Szli w milczeniu. Ojciec był znudzony, wyszedł pewnie w tę szarość tylko po to by ktoś małemu tego cuda nie buchnął. Wyglądali jakby wyprowadzali na spacer mechanicznego psa. Szli powoli, równym krokiem a plastikowa maszynka wariowała po całej alejce i jej obrzeżach. Gdy autko przewracało się na dach chłopak podchodził i odwracał je na koła. Gdy tylko złapały przyczepność cała zabawa zaczynała się od nowa. Zniknęli za zakrętem, ale jeszcze przez dłuższą chwilę było słychać wycie elektrycznego silniczka.