Bez zdjęć – Poznań – Drawsko – Drawa – Trzęsacz – Szczecin – Poznań
Można posłuchać najpierw. Będzie się lepiej czytało.

W nocy na 15 litrach paliwa i 2 litrach coca-coli. Droga była niemal pusta, miałem ochotę fotografować tylko tą plamę świateł przed samochodem i nic więcej. Mógłbym tak wykończyć wszystkie klisze jakie miałem ze sobą. Właśnie – klisze. Nic więcej nie musiało się dziać, można tak było jechać do świtu. Drawno okazało się Drawskiem. Też dobrze.
Pamiętam tą szparę w płocie jednostki wojskowej gdzieś przed Złocieńcem, zamazane wizerunki żaglówek na hangarach, mokry polar suszący się na pomoście. A później Złocieniec tak brzydki nad rzeką, że nawet się tam zdjęć nie dało robić. I ciągle te chmury.
Jeszcze choinka na dachu spożywczaka w Kaliszu Pomorskim, boisko do koszykówki wyłożone starymi oponami, turyści fotografujący „słynny kościół” czyli kupę cegieł przez płot bo gostek z wąsem powiedział, że „wejść to będzie można, ale po długim weekendzie jak już nie będzie takiego tłoku”. Skakanie przez fale, piasek między palcami, kwaskowe gumiaki XXL, „nie chcę już kawy”, „co ja tu robię” i ciągle ten wiatr.
Jeszcze Zygmunt , któremu nie uratowaliśmy życia ale pewnie uratowaliśmy przed wiejskim linczem.
I wreszcie zmierzch w Szczecinie, garbus cały w neonach w komisie samochodowym tuż przed stocznią i wesołe miasteczko, które trochę przypomniało mi Constinesti. Ale patrzyłem na nie z góry, więc nie wiem jakie było. Z resztą po Constinesti to już każde wesołe miasteczko się z nim kojarzy.
Nawet jak nie padało to i tak czułem ten deszcz i wiatr w powietrzu. To było dobre. Totalny reset. Dziś zaświeciło słońce i czar prysł. Można było tylko wrócić do domu.
Jutro zdjęcia.