Marian pamięta kiedy to było, bo wtedy urodziła mu się córka. To znaczy nie wtedy jak ulicą miał jechać Pierwszy, ale w tym samym roku. Siedemdziesiątym czwartym. Przed wojewódzkimi dożynkami przyjechali majstrowie i postawili zielony płot. Nie mówili po co ale wszyscy co na Maltańskim mieszkali i tak wiedzieli. Bo oni już wtedy byli wstydem dla miasta i są nim nadal. I ten wstyd trzeba jakoś było zasłonić, żeby nie kłuł w oczy Pierwszego. Więc przyjechali majstrowie i postawili płot. Tyle, że tak bez przekonania postawili, bo zza płotu i tak wyglądały ceglane kominy i fragmenty dachów szopek przerobionych na domy. Wtedy jeszcze talerze anten nie wystawały ale kominy owszem. Marian to pamięta, bo ten płot ma tyle lat co jego córka. A on sam tu od sześćdziesiątego szóstego mieszka.
Od tego czasu płot nikogo nie interesował. Zarastał, w niktórych miejscach znikał zupełnie, w innych ktoś sumiennie dobijał nowe klepki tam gdzie pojawiły się dziury. Teraz zielonego płotu zostało niewiele. Ginie i pojawia się wśród krzaków zarastających skraj Maltańskiego.
A Pierwszy i tak tędy nie jechał. Przyleciał samolotem. A z góry Maltańskie wygląda jak normalne ogródki działkowe.
- Wywiady z laureatami World Press Photo
- Anarchiści z ulicy Rozbrat