W górach próbowaliśmy śpiewać stare, harcerskie piosenki, ale okazało się, że z każdej pamiętamy tylko jedną- dwie zwrotki. Nawet górskie evergreeny kończyliśmy lekko zażenowani w połowie.
W drodze powrotnej trafiło mnie dopiero gdzieś pod Żmigrodem. Jechaliśmy jakimiś zadupiami, na polach stała woda, wszędzie było niebiesko. Brakowało mi kawy bo wypiliśmy wcześniej i nie chcieliśmy się już więcej zatrzymywać. Z resztą i tak nie za bardzo było gdzie. Jechaliśmy więc i można było tylko na to patrzeć. Na słupkach przy drodze siedziały myszołowy. Naliczyłem chyba z pięć sztuk. Żaden nawet nie drgnął gdy je mijaliśmy – miały nas w dupie.