Pochwała lądu stałego

Gdy zamykam oczy, to mi wszystko faluje. Wystarczyło kilka godzin.

Gdzieś tu w okolicy jest taki ksiądz, którego parafianie wysłali na tomografię komputerową głowy bo w czasie mszy zawieszał się na chwilę, a potem zaczynał wszystko od początku. Przez to msze trwały tu dłużej, a spowiedź wlokła się niemiłosiernie bo wszystko trzeba mu było dwa razy tłumaczyć.

Pływanie z rybakami wygląda tak, że najpierw trzeba wejść pod ławeczkę i przesiedzieć tam kilkanaście minut aż wyjdziemy z portu, w którym są „kamery, które wszystko widzą”.  Potem się wychodzi i jest walka o przetrwanie. W sensie ja walczę , a rybacy jedzą śniadanie i plotkują. Ląd majaczy w oddali. W chwilach kryzysu szacuję szanse na dopłynięcie do brzegu wpław. Im dłużej jestem na kutrze, tym bardziej mi się wydaje, że te szanse są całkiem spore.  Rybacy mówią, że ich nie mam, więc przyklejam się do mojej rurki i trwam. Czasami robię zdjęcia ale głównie nie robię bo puszczam pawia. Wolę fotografować architekturę. Ona się nie kiwa.