Tulcza – wchodnia Rumunia- 11.08.2008

tulcza1.jpg

Na promie z Gałacza mało kto patrzy na przystań, do której płyniemy. Wszyscy gapią się na niknące w dali miasto. Kilka bloków odbija się w wodach Dunaju, ani to ładne, ani spektakularne. A mimo to nikt nie patrzy do przodu, wszyscy gapią się na ląd.

Bo tam dalej jest delta. To znaczy jest jest jeszcze 70 kilometrów przez stepy do Tulczy ale potem jest już delta.

Już po drugiej strinie jest buda z lodami. Obok facet z wiaderkiem pełnym ryb dopija kolejne piwo. W pospiesznym do Tulczy za 16 lei przyklejam się do szyby. Dobrudzki step nie pozwala zamknąć oczu.

A teraz to mieszkanie. Gość nazywa się Ionel Calin, mówi po angielsku i sam się znalazł na dworcu w Tulczy oferując nocleg. Przewodnik znów okazał się bezużyteczny („Znaleźć tani nocleg w Tulczy nie jest łatwo”) Mieszka w centrum, 10 minut spaceru od rzeki. W drodze do mieszkania opowiada o swoich dzieciach – że wyjechały do Włoch i Wielkiej Brytanii. Ma idealnie puste mieszkanie i wynajmuje nawet swój salon. Dwa pokoje dalej śpią Holendrzy i aż boję się myśleć, które z jego dzieci mieszkało tam wcześniej.

O świcie idę nad Dunaj. Jest szósta, a skwar daje się solidnie we znaki. Na nabrzeżu, nieopodal hotelu Delta siedzą wędkarze. Słońce chowa ich oczy w cieniu rond słomianych kapeluszy. Robię im zdjęcia i nawet niespecjalnie chcą wiedzieć po co. Z resztą gdy mnie pytają, odpowiadam „Polonia”, a oni machają ze zrozumieniem głowami i wracają do swoich zajęć.

Nie wiem, o której musiałbym wstać, by na targowisku pod blokiem nie spotkać sprzedawców arbuzów. Byli tam wczoraj późno w nocy, pilnując stert monstrualnych owoców. Dziś rano też tam byli, siedzieli w tych samych miejscach, ci sami ludzie. Jakby dobrze wiedzieli, że arbuz jest absolutnie niezbędny do życia, tak bardzo niezastąpiony, że w każdej chwili musi być na wyciągnięcie ręki, po 1 lej za kilogram. Z tą tylko różnicą, że w nocy małych już nie ma. Zostały tylko te olbrzymie.