Warna – wschodnia Bułgaria – 16.08.2008

warna3.jpg

warna2.jpg

warna1.jpg

Samochód stał na przystanku otwarty, a wokół nie było żywej duszy. Można było wsiąść i zastanawiać się czy to na pewno przystanek, i czy to napewno ten bus. Bo w Sabelskiej Tuzli przystanku nie było, a pętla przy której zatrzymują się mikrobusy z Sabli jest jedynym miejscem gdzie wyglądają dość poważnie by przetrwać. Wszędzie indziej byłyby żartem albo zbyt wielką pokusą.

– There is no space in the bus – mówi w Sabli jakiś facet – but I am a taxi driver.
Nie ma wyboru. Z Sabli można ucieć tylko żółtą taksówką.

A teraz jest Warna, siedzę w pokoju babuszki, a nad łóżkiem wisi krajobraz zimowy z wetkniętym za ramę zdjęciem marynarzy – chyba jej synów, a może nawet wnuków?

I jeszcze powrót. To było zaraz za przejściem granicznym w Ruse, już w Rumunii. Szosa rozwidla się w tym miejscu na małym rondzie. W prawo jedzie się do Calarasi, a w lewo do Bukaresztu. I między tymi dwiema drogami pasło się przy wybetonowanym wodopoju stado brązowych krów. Obok, na gołej ziemi siedział skulony mężczyzna. Wyglądał jakby ktoś przed chwilą kopnął go w brzuch. Albo jakby nie miał siły na tą pustkę dookoła. Bo tam dookoła naprawdę nie było absolutnie nic. Tylko nagie, wyschnięte wzgórza, dwie puste szosy i te krowy.