Przystanek w Radzimiu zlikwidowano trzy lata temu.

Teraz nie ma tam jak dojechać. Trzeba mieć samochód albo iść pieszo.

Pałac płonął dwa razy. Teraz jest zabity dechami. Podobno da się tam wejść przez okienko w piwnicy. Chodziliśmy po polach, na których Niemcy w trzydziestym dziewiątym rozstrzeliwali ludzi. Siedem kilometrów dalej była granica i szlaban, którego likwidację pokazywali później we wszystkich filmowych kronikach z czasów wojny. Teraz padał śnieg. Dwa żurawie leciały zrezygnowane pod wiatr.

Spałem w gabinecie pedagoga szkolnego, przez całą noc miałem całą szkołę tylko dla siebie. Chciałem napisać coś głupiego na tablicy ale nic nie przychodziło mi do głowy. Zasnąłem i śniło mi się, że przygarnąłem ze schroniska biszkoptowego kundla.

W Kamieniu Krajeńskim o poranku chodniki przesypane były warstewką świeżego śniegu. Był sypki i suchy, nie przyklejał się do butów. Przypominał trochę biały kurz. Chodziło się po nim jak po Księżycu.

Każdy taki wyjazd jest dla mnie lekcją pokory.