Teraz nie ma tam jak dojechać. Trzeba mieć samochód albo iść pieszo.
Pałac płonął dwa razy. Teraz jest zabity dechami. Podobno da się tam wejść przez okienko w piwnicy. Chodziliśmy po polach, na których Niemcy w trzydziestym dziewiątym rozstrzeliwali ludzi. Siedem kilometrów dalej była granica i szlaban, którego likwidację pokazywali później we wszystkich filmowych kronikach z czasów wojny. Teraz padał śnieg. Dwa żurawie leciały zrezygnowane pod wiatr.
Spałem w gabinecie pedagoga szkolnego, przez całą noc miałem całą szkołę tylko dla siebie. Chciałem napisać coś głupiego na tablicy ale nic nie przychodziło mi do głowy. Zasnąłem i śniło mi się, że przygarnąłem ze schroniska biszkoptowego kundla.
W Kamieniu Krajeńskim o poranku chodniki przesypane były warstewką świeżego śniegu. Był sypki i suchy, nie przyklejał się do butów. Przypominał trochę biały kurz. Chodziło się po nim jak po Księżycu.
Każdy taki wyjazd jest dla mnie lekcją pokory.