1650 kilometrów

Kierowca autobusu szedł kowbojskim krokiem, kiwał się na boki, szeroko rozstawił ręce, patrzył gdzieś w dal. Dookoła trwała wielka modernizacja Katowic więc wszystko było sakramencko rozpieprzone. W końcu wyjął z kieszeni elektroniczny kluczyk, piknął i można było wsiadać. Było nas raptem kilkoro, ale wszyscy rzucili się by zająć najlepsze miejsca. Nawet ten dziadek, który przypominał Adama Zagajewskiego. Kierowca był ponad to. Kasował za bilety, coś tam mruczał, nie patrzył na ludzi. A potem pojawił się brodaty karzeł. Obserwowałem go przez szybę. Kręcił się przez chwilę po piaszczystym placyku, który teraz robił tu za przystanek. Grzebał butem w żwirze, zerkał w stronę autobusu, uśmiechał się nieśmiało pod nosem. Nie wiem ile miał lat – może dwadzieścia parę, może więcej. Coś było z nim nie tak. Kierowca go znał. Coś tam do niego mówił, tamten radośnie łapał każde rzucone mu słowo. Potem musieliśmy przejechać parę metrów, przesunąć się, żeby zrobić miejsce czemuś z tyłu. Kowboj rzucił do niego krótkie „no to chodź” i tamten mały już stał na schodkach autobusu. Ruszyliśmy kawałek, może było tego 10 metrów, z otwartymi drzwiami, a karzeł aż piszczał z radości. Potem wyskoczył, machnął kowbojowi i pobiegł w podskokach w swoją stronę. Patrzyłem jak się oddala, widziałem tylko jego plecy, ale byłem pewien, że się uśmiecha.

Tysiąc kilometrów dalej i kilka dni później szedłem przez pusty Szczecin i zastanawiałem się co tam robię. W hotelu nie było nikogo, pokój był sterylny do bólu, z okien było widać jakiś parking i ceglane dupsko katedry. Wieże niknęły za jakimś blokiem. Rano poszedłem na dworzec. Kupiłem sobie pierwszą klasę, żeby z nikim nie jechać bo po tygodniu autyzm miałem w rozkwicie i coś musiałem z tym zrobić. Ale wsiedli oni. Niby zwyczajne małżeństwo, starsi ludzie. Ona po godzinie gapienia się przez okno otworzyła Poradnik Domowy, on – Kasztelana w puszce. W ogóle się do siebie nie odzywali. W Poznaniu on wziął kurtkę i wyszedł popatrzeć jak przepinają lokomotywę. Wrócił po kilku minutach, podszedł do niej , chwycił za ramię i jak więźnia przesadził na miejsce, które dotąd zajmował. Widać nie lubi jeździć tyłem do kierunku jazdy. Ona próbowała cicho protestować, ale zobaczyła mnie i się poddała. Jechali aż do Białegostoku. Już tam byłem więc wysiadłem w Warszawie.