Różowy most


Lubię Głogów. Lubiłem już wtedy, gdy tylko tędy przejeżdżałem w drodze do Jeleniej Góry. Teraz jechałem tym samym autobusem. PKS Słupsk o 13:50 z Poznania. Głowę bym dał, że tan sam wóz, dość już wysłużony, tyle że mu na bocznej szybie przykleili, że WiFi jest na pokładzie. Wysiadłem w połowie tamtej drogi sprzed czterech lat.
Ale najpierw był ten różowy most nad brunatną rzeką. I wysokie nabrzeże z resztkami tamtego miasta. Wyglądało to, poza mostem , dość złowrogo. A z mostem dość beztrosko.
Na dworcu siedziało dwóch bliźniaków. Na jednej ławeczce, tak blisko siebie, że przez chwilę pomyślałem, że są zrośnięci, ale to by nawet na blogu nie przeszło. Byli jednak osobni. Mieli na oko po 50 lat czyli w sumie 100. Te same czapki, te same kurtki, wąsy. Różnili się tylko okularami, tzn jeden miał, a drugi nie. Może zgubił. Chciałem im zrobić zdjęcie, zapytałem czy mogę. Odmówili grzecznie w ten sposób, że jeden zdanie zaczął, a drugi skończył.
Głogów jest w porządku bo się nie bawi w udawanie. To znaczy bawi się na całego, te plastikowe kamieniczki przy rynku i pastelowe atrapy na Lidlu to przecież czysty fałsz ze snu szalonego postmodernisty. Ale przecież to widać na kilometr, ze to humbug. W tym sensie to jest szczere. Lubię też te ich kolorowe jak nieszczęście bloczydła. Są wszędzie i są bardzo. Pomiędzy nimi przezierają resztki tego, co jakimś cudem nie wpadło pod walec roku 1945-go. Na wielkim jak Monaco rondzie stoi na przykład cacuszko z czerwonej cegły. Przeurocze, tylko czekać aż wyjdzie z niego Mamusia Muminka. Kawałek dalej jest pierzeja starych domów, pięciopiętrowych kamienic. Patrzyłem i zastanawiałem się jak tu musiało być zanim zadudniły armaty. Bo, że musiało być nieźle to widać nawet teraz. Aż wzbraniam się przed szukaniem starych pocztówek z Glogau bo mnie znowu szlag trafi. Potem wszedłem pomiędzy te bloki bo szukałem biblioteki,w której miało być spotkanie. Na ulicy Słowiańskiej były na wskroś niesłowiańskie wille, one także przetrwały przejazd ruskiego walca. Słowiańska krzyżowała się z Grunwaldzką i tam też architektura przypominała raczej to co stawiali potomkowie pokonanych pod Grunwaldem, a nie zwycięzcy. Taki paradoks.Na ulicy Jedności Robotniczej była za to szkoła im.Jana Pawła II. A kawałek dalej biblioteka. Spotkanie było nie wiedzieć czemu o Miedziance. Ale może to dobrze. Przypomniałem sobie o czym to jest.