W Dziwnowie ciągle pada i wieje wiatr. Króluje polski outdoor, tylko, że trochę w krzakach. Wyjmie się na lato i będzie jak znalazł. Pasemka blond za cztery dychy. „Chiński kebab” u polskiego wietnamczyka kosztuje 14 złotych albo 4 euro. Na drzwiach jest kartka zabazgrana długopisem ” Dziś czynne od 14. Dziękuję”. Wczoraj też tam była. Karmią dobrze, dużo frytek. Wybrzydzać nie można bo to jedna z dwóch otwartych knajp. Ta druga jest za daleko. Zaraz obok jest sklep monopolowy Smuggler, co w przygranicznym miasteczku nabiera niepowtarzalnego uroku. Nawet jeśli granicy już nie ma. Polska wersja tej nazwy brzmiałaby pewnie „Przemycik” albo coś równie finezyjnego.
Dziś usłyszałem historię o Bronku rybaku, który w latach 70-tych tyle zarabiał, że jak się napił to wzywał dwie taksówki. Jedna wiozła jego, a druga jego rybacki kapelusz.
Z ważniejszych wydarzeń – dziś na cmentarzu był pogrzeb.