Drogheda – Dublin/ Blackrock

Drogheda 3.01.2009 / W „Waterhouse” dużej księgarni w centrum handlowym w Droghedzie oglądam dział poświęcony sztuce. Dwa albumy Banksego, trzy Cartier- Bressona, opasłe tomiszcze „How to read photography”, Capa, Magnum, World of Reuters. Drogheda to miasteczko na północ od Dublina, ma może 60 tysięcy ludzi, a księgarnia jest lepiej zaopatrzona niż poznański Bookarest.

Z tych półek w księgarni w Droghedzie i innych księgarni bierze się ta ich architektura, szyldy sklepów, reklamy na budynkach. A z drugiej strony do ogórdków wkładają gipsowe głowy koni, plastikowe psy uwiązane do plastikowych palików plastikowymi łańcuchami i cały ten szajs sprzedawany w centrach ogrodniczych. Z jakich półek w księgarniach bierze się to ich zamiłowanie to zielonego pojęcia nie mam.

Drogheda 4.01.2009
Przed wyjazdem oglądam ludzi na dworcu. Prawie na sto procent jestem w stanie wskazać, kto jest Polakiem. Wtedy dzwoni telefon i dziewczyna,  co do której miałem  pewność przemawia chyba po litewsku. Ciut przestrzeliłem ale w dobrą część boiska.

Dublin – Dun Laoghaire 4.01.2009
W tutejszej księgarni ten sam szok poznawczy co w Droghedzie. Capa, Magnum, Matelthorpe, Lee Miller. Mieli nawet Susan Sontag „O fotografii”. Można by wykupić wszystko a potem tylko oglądać.

To miała być ostatnia noc(jak się później okazało wybitnie nie była) i znów zimne mieszkanie. Nie wiem z czego oni je budują. G. mówi, że z obierek od ziemniaków i uszczelniają kozim łajnem. Pewnie jest blisko prawdy.

Potem chodzimy po Grand Canal Dock i chce nam się wyć. Szkło i aluminium, subtelne kolory przełamujące monochromatyczność. Fotografuję jak oszalały, a potem oglądając zdjęcia zastanawiam się jak wyglądałyby całe miasta wybodowane  z takiej architektury. Bo jako dzielnica, kwartał czy ulica taka forma może oczarować. Ale gdy wyobrazić sobie całe miasta wzniesione z takich budynków to robi się gorzej – sterylnie i smutno, jak na operacyjnej sali. Ale może się da, tyle że od czasów Brasilii nikt tego nie próbował.

Dublin – Blackrock  5.01.2009
No to jeszcze dwa dni…
Gdy odwołali lot Polacy stojący w kolejce zawiązali prawie komitet protestacyjny i zaczęli coś przebąkiwać o dywizjonie 303. Dookoła unosiła się woń kiełbasy.