Dylematy

Dworzec autobusowy w Lublinie to jest jednak doświadczenie z innego czasu i innej przestrzeni. Gacie, kawa, zegarki, okulary przeciwsłoneczne i biustonosze. Wszystko na drucianych stojakach ustawionych tak, żeby się o nie koniecznie potknąć i przewrócić . Brakuje tylko żywego drobiu. Ale może po prostu nie zauważyłem. Tłum, kurz, upał. Prawie jak w Tbilisi ale trochę jakby mniej. A ja wkurwiony jakby bardziej. Bo jadąc tam to się na to umawiam i znoszę z pokorą. A tutaj to jest jednak kompletne zaskoczenie choć może nie powinno. Więc nie ma radości i później już też nie będzie. Landszafciarska starówka z kolorowym wrzaskiem szkolnych wycieczek. Byłem w Lublinie tyle razy, a na starówce właśnie zaliczam debiut. Zawsze interesował mnie tylko ten LSM i Hansen.

Jakoś w ogóle nie wiem co z tym miastem zrobić , czy go żałować, czy jednak podziwiać. Łapię się na próbach rysowania prostego obrazka ale przecież wiadomo, że się nie da. A mimo to próbuję. Kilka dni temu też tu byłem, po spotkaniu z Zachęcie poszliśmy na piwo ale się urwałem bo już mi się trochę nie chce o tym wszystkim gadać. Chodziłem po pustych ulicach. W KFC biło się dwóch kolesi więc zrezygnowałem z frytek. Padało. Wracałem w deszczu i było źle. A teraz siedzę w knajpie na starówce, takiej, która wyglądała na najtańszą, a mimo to miła kelnerka deklamuje mi listę gatunków kawy z jakiej zrobi mi cappucino. Wybieram  pierwszy z brzegu bo widzę, że ona w moich oczach już upolowała kompletne zagubienie i się zbiera, żeby mi te wszystkie nuty smakowe objaśniać. A ja nie chcę podejmować żadnej decyzji, biorę cokolwiek bo jednak nadal tak mam, że w szczerej zadumie nad wyborem jednego z sześciu gatunków kawy to widzę głównie niezręczność i murzyńskie dzieci z pokaleczonymi rączkami.

Oto są dylematy, starówka jak z pocztówki, migdałowa nuta w filiżance i naparzanka dwóch pryszczatych w fastfoodzie. Trochę taka jak tamta, którą widziałem w Bytomiu, kilka lat temu. To było na jakimś BP albo Statoilu. Patrzyłem przez szybę. W środku dwóch kolesi napierdalało się na podłodze i gniotło niemożebnie torebki z chipsami. A faceci z obsługi czekali spokojnie aż tamci skończą. Ja też czekałem bo chciałem kupić coś na ból głowy, wracałem ze zdjęć i byłem zmęczony. Ale tam wszystko było jasne i klarowne, bo to przecież był Bytom, samo zło, a Lublin to jest jednak trochę inna sprawa. Zamiast więc szukać prostych obrazków lepiej byłoby pławić się leniwie w nieposiadaniu żadnej opinii. Bo jednak jakoś trudno połączyć tą panią od kawy z faktem, że miejskie autobusy jeżdżą tu na Majdanek. I ta zbieżność nazw  wcale nie jest przypadkowa.