A potem był Khor Virac jak zakaukaska Etiopia. Rano przyszedł jakiś śniady chłopak, oparł się o drzewo i po prostu patrzył. Stał niemal w wejściu namiotu, jego obecność mnie męczyła. Tak jak tych dwóch pozostałych ? Armana i taksiarza, którego imienia nie umiem wymówić. Przyszli jeszcze wieczorem, pili piwo, palili papierosy i po prostu patrzyli. Nie byli groźni. Nie chcieli jeść. Nie rozumieli, że skoro jedzenia wyszło za dużo, to się je po kolacji wyrzuca. Nie ogarniałem tej ich nieustannej obecności. Niby bankomaty, lodówki z coca ? colą, komórki i drogie fury na drogach, a to wszystko w Khor Virac było jak w środkowej Afryce, tyle, że mieli buty. Jeszcze ten upał, sucha ziemia i wypalona trawa.
- Sewan 15.08
- Erewań 17.08