Była noc i nie chciało mi się patrzeć za okno. Nie lubię jeździć wieczorami. Gapiłem się w ekran, aż poczułem, że auto podskakuje na wybojach. Byliśmy na moście łączącym Wyspę Sobieszewską z lądem. Wiedziałem, że stąd już niedaleko. Gdy tylko minęliśmy ostatnie zabudowania i zagłębiliśmy się w las poprosiłem, żeby mnie tam zostawił. Zapłaciłem, odjechał z piskiem opon jakby się bał, że go tam ukatrupię. W sumie sam bym się bał. Odszukałem jakąś drogę nad wodę, po chwili byłem na plaży. Było cicho, tylko trochę pluskało. Wpatrywałem się w czerń ale nic nie było widać. Plażą dotarłem do hotelu. W restauracji huczała basami integracja Konferencji Wodociągowców. Kobieta w recepcji za wszelką cenę chciała mi wskazać miejsce parkingowe. Nie wierzyła, że jestem bez auta.
Rano znów poszedłem nad wodę ale za dnia plaża była nudna nie do zniesienia. Po śniadaniu miałem występ. Tuż przed nim podeszła do mnie jakaś dziewczyna, powiedziała, że „Wanna…” to jest smutna książka. Zapytałem, czy „Źle Urodzone” były wesołe. Odpowiedziała, że nie, ale można było sobie przynajmniej tłumaczyć, że to nie my, że to kto inny.
Z wyspy wracaliśmy na ląd tym samym mostem ale jakąś inną drogą. Koło rafinerii. Mieliśmy zamknięte okna a i tak śmierdziało benzyną. Mijaliśmy domy. Zastanawiałem się jak można tam żyć. Mi od samego zapachu robiło się niedobrze.
Dworzec PKS w Gdańsku to jest jednak miejsce, w którym nadzieja umrze ostatnia. Nadzieja na to, że to co było trwać będzie po wsze czasy, bo zmiana jest groźna i nieprzewidywalna. Amen. To swoją drogą jest jakiś paradoks, że w kraju, w którym dorzyna się kolej na wszelkie możliwe sposoby, a jej miejsce (o ile!) zajmują autobusy, wyremontowano dworce kolejowe a nie autobusowe. Na PKS-ach prawie zawsze śmierdzi i jest brudno, dykta odłazi od pleksi, a paździerz panoszy się jak grzyb. Tu w Gdańsku było podobnie. Chwilę mi zajęło zanim znalazłem kibel. Wchodziłem niepewny. W środku trwała impreza. Kilku kolesi, browary, za niewielkim kontuarem panna co pilnuje całego interesu. Gadali o wakacjach i palili papierosy. Było siwo od dymu. Położyłem na talerzyku dwa złote, na co jeden z tych rosłych rzucił:
– Kaśka zrób panu promocję, niech ma wysik za darmoszkę!
Tak powiedział, wysik, jestem prawie pewien, nie miałbym odwagi poprosić, żeby powtórzył.
Sikałem za darmo. Jak panisko.
Miałem jeszcze kilkadziesiąt minut do odjazdu więc poszedłem na kawę. Kończyłem gdy wszedł on. Miał kilt i gołe łydy,wszystko jak nalezy, także tę ich furażerkę z bażancim piórkiem. Szkot co się zowie, lekko upojony zwycięstwem nad biało-czerwonymi orłami, ale w granicach przyzwoitości. Nikt nie zareagował, nawet półgębkiem się nie uśmiechnął, nawet życzliwie, no po prostu nic. Ludzie siedzieli, jakby go w ogóle nie widzieli. Pomyślałem, że oto Inny został oswojony, jesteśmy społeczeństwem multikulti, jeszcze tylko zaczniemy tolerować Murzynów i Żydów, ale nie wszystko od razu. Istnienie Szkotów jak widać ogarnęliśmy . Tak sobie myślałem, a Szkot wszedł i zamówił kawę. I wtedy siedzące przy sąsiednim stoliku dziewczę zapytało matki:
– A Szkotki chodzą w spodniach i mają wąsy?