Lublin – Konin – Poznań – Opole


W Lublinie mówili mi z dumą, że to ostatnie miejsce w Polsce, w którym jeszcze jako tako trzyma się zima. Fotoreporterka, która wpadła na spotkanie tłumaczyła się, że ma brudne buty, bo przed chwilą wróciła z fotografowania odciętych śniegiem wiosek. Starszy pan opowiadał jak spektakularnie zakopał się w jakiejś zaspie. Jakby to był jakiś ostatni bastion, oblężona twierdza. Miałem wrażenie, że będą się bronić przed wiosną do upadłego.
W Macu w centrum królowały kobiety w futrach i gimbaza. W proporcjach jeden do jeden, bez żadnych domieszek, ale to gimbaza była bardziej widoczna. Kolesie rzucali się frytkami, a panienki chichotały nad ekranami smartfonów. Było zupełnie jak w Macu gdzieś na obrzeżach Dublina albo Londynu, tylko mówili inaczej. Wszedłem tam zjeść martwą bułę, bo na nic więcej nie miałem czasu. Patrzyłem na te babki w sztucznych gronostajach siedzące w milczeniu nad swoim mięsem. Były niewzruszone, mimo, że nad nimi od czasu do czasu przelatywała frytka. Nic sobie z tego nie robiły, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie.
Potem było spotkanie. W rozmowie pojawił się nawet wątek Kościoła i jego odpowiedzialności za przestrzeń. „No bo jednak 90{c92213ab396e85e242bc6763f81e0002fa67c6894c0d5c69cca81b4ada975848} społeczeństwa deklaruje…”. Pomyślałem sobie, że odpływamy w abstrakcję bo te 6 baniek z Ministerstwa Kultury to jednak nie idzie na nową kaplicę z Ronchamp, ale bardziej na wyciskarkę do zajebiście dużych cytrusów. No więc gdy tak sobie myślałem, że dywagujemy już o mocno teoretycznych sytuacjach odezwał się ten gość z balkonu. Mówił o edukacji ale też o tym, że jako społeczeństwo musimy przyjąć do wiadomości, że nie znamy się na wszystkim, że przestrzeń jest jedną z tych rzeczy, które musimy oddać specjalistom i w dodatku dorzucić nową definicję prawa własności, bo ta którą mamy nie pozwala na jakiekolwiek w tej przestrzeni zmiany. Zgadzałem się z nim całkowicie. Tyle, że to w Polsce jest jeszcze bardziej abstrakcyjne niż ta odpowiedzialność Kościoła za przestrzeń. Rozstaliśmy się w pokoju.
Gdy wyszedłem zimy już właściwie nie było. To znaczy śnieg jeszcze leżał, ale było już czuć, że idzie ocieplenie. Przy bramie Grodzkiej stał człowiek – drogowskaz. Na długim kiju miał zamontowaną wielką, białą strzałkę, a na niej napisane – „Książki za 1 zł”. Zachęcał przechodniów, zagadywał, momentami nawet podśpiewywał. Gdy przechodziłem obok niego powiedział głośno hasło ze strzałki, a potem zwrócił się do nie konspiracyjnym szeptem, jakby chciał mi sprzedać heroinę:
– Poważnie mówię.
W drodze do hotelu wstąpiłem jeszcze do tego samego Maca by kupić sobie herbatę na wieczór. Przy kasie stała elegancka para. Mieli może po czterdzieści lat, wyglądali jakby wracali z jakiegoś teatru, albo filharmonii. Elegancja Francja. Wpatrywali się przez chwilę w podświetlone panele z żarciem, aż wreszcie ona przemówiła:
– Ja to bym jednak z chęcią te nuggetsy opierdoliła hurtem jak mam być szczera.

Dzień później pojechałem do Konina. Dotarłem spóźniony bo sorry, ale taki mamy klimat. Spotkałem się z M. , zrobiliśmy co mieliśmy zrobić i ruszyliśmy do Poznania. Po drodze gadaliśmy trochę o pogodzie, trochę o kolegach po fachu, a trochę o fotografii. W końcu zeszło na te wszystkie cywilizacyjne zdobycze typu – jedno kliknięcie i masz bilet w telefonie. Kipiałem entuzjazmem, że to takie dziś łatwe. A M. tylko zapytał:
– Ciekawe gdzie są ci wszyscy ludzie, którzy to kiedyś obsługiwali no nie?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, on o tych ludziach zrobił książkę. Napisałem o niej do Xięgarni. Będzie w poniedziałek.

Na koniec było Opole. Na spotkaniu w bibliotece dziki tłum ludzi i jednak nie przestaje mnie to dziwić. Ale teraz było trochę inaczej, bo w pierwszym rzędzie siedzieli wojewoda, prezydent miasta, wiceprezydentka i szef wydziału urbanistyki w magistracie. Ludzie, gdy tylko usłyszeli, że władza jest na sali to się na tę władzę spektakularnie rzucili. Atmosfera zrobiła się przez chwilę taka jak na konsultacjach społecznych w sprawie likwidacji przedszkola niepełnosprawnych dzieci samotnych matek. Czyli, że raczej gorąco. Po 15 minutach zaczęło brakować tlenu. Chłeptałem wodę i starałem się nie odzywać bo nie znałem lokalnych kontekstów. Można sobie na urzędasach i politykach psy wieszać, ale prawda jest też taka, że od premiery „Wanny…” parę tych spotkań już było, a to jest pierwsze, na którym stawił się komplet najważniejszych urzędników w regionie. I tyle w temacie.