Mgła

Wszystko szło jak po maśle dopóki nie zaczęliśmy lądować. We Wrocławiu. Naród westchnął, rzucił subtelnie „o kurwa” i jął wydzwaniać. Byłem już pogodzony, do pociągu wsiadałem niemal przekonany, że w drodze do Poznania pod jego koła wskoczy jeszcze kilku samobójców, skasujemy autobus wypełniony dziećmi, a i tak na końcu okaże się, że  jesteśmy w Rzeszowie.

No więc jechaliśmy przez not- foggy Dolny Śląsk i very, very foggy Wielkopolskę i to było jak przyspieszone repetytorium z ojczyźnianej rzeczywistości. Smród przepoconych stóp i kurzu w rozgrzanych jak sauna przedziałach pośpiesznego Kłodzko – Gdynia, wredny konduktor, który zapala w przedziale światło by sprawdzić bilety ale wychodząc już go nie gasi, trabant stojący na dachu jakiegoś baraku gdzieś przed Rawiczem, latarnie w wyludnionych wioskach i koleś sikający na mur w Kościanie albo Czempiniu. Żadnych skrupułów, żadnej taryfy ulgowej – Polska by night, która w konfrontacji ze sterylną halą odlotów dublińskiego lotniska i międzynarodowym tłumem na O’Connel Street jest jak kopnięcie w brzuch.

Wysiadłem na Głównym i poczłapałem do domu. Za Zachodnim spał tylko jeden bezdomny, na stojąco z głową opartą o parapet okna. Na zewnątrz było zimno i ślisko, dwóch pijanych kolesi szło środkiem ulicy próbując zatrzymać jakąś taksówkę. W końcu coś się zatrzymało i odjechali. Została tylko ta cholerna mgła.