Nie ma takiego miasta Korsze

Lubię sobie wyobrażać jaki tandetny obrazek będzie wisiał nad moim łóżkiem na kwaterze. Powinienem je fotografować, robić im zdjęcia bo prawie nigdy tam nie wracam. Może poza tym pokojem w Nowym Warpnie, a właściwie pokojami bo za każdym razem gdy byłem u Semczuka spałem tam w innym, a i tak zlewają mi się w jedno. No więc powinienem fotografować te pejzaże zimowe, jelenie na rykowisku, tonące okręty albo rajskie plaże z delfinami. W otoczeniu tych „krzesełkażdezinnejparafii” , telewizorów Rubin z szumiącym Polsatem, poplamionych zielonych serwet i trzeszczących, rozeschniętych szaf z trzema drucianymi wieszakami w środku.

Jabłonowo Pomorskie – 18.01.2009

Nie znam tego kierunku, jechałem w tą stronę zaledwie kilka razy w życiu i to z reguły jakoś w nocy. Nie kojarzę więc krajobrazów, miejscowości, dworców, kolejności stacji. Toruń tak – ale że jest Toruń Zachód, Toruń Miasto to już raczej nie. A że za Toruniem jest Wąbrzeźno, a potem Jabłonowo Pomorskie? W Jabłonowie wsiada kilkadziesiąt osób, poważna sprawa, to nie może być byle co. Dla mnie jednak Jabłonowo nie istniało, gdyby z jakichś powodów pociąg się tu nie zatrzymał a pognał dalej moja wewnętrzna geografia zupełnie by na tym nie ucierpiała.

Olsztyn

Peron w Olsztynie odśniezyli tylko trochę i na środku. Pociąg jest do Korszy, ma kilka wagonów i siedzą w nim ludzie. O ile istnienie miejscowości o nazwie Jabłonowo Pomorskie mogłem przyjąć bez zaskoczenia, o tyle Korsze mnie pokonują. Korsze są poza mną. Mam ochotę wejść do tego pociągu i na nich wszystkich nakrzyczeć, żeby wysiedli i się nie wygłupiali, niech nie jadą bo ten skład na pewno zatrzymuje się w zaśnieżonym polu, nie ma przecież takiego miasta Korsze. Więc póki jest jeszcze czas niech uciekaja, niech jadą z peronu 2 do Pisza (choć czy Pisz istnieje głowy nie dam) albo choćby do Ełku. Ale nie do Korszy – Korsze to czeluść. Korszy nie ma! Ale nie zrobię tego wszystkiego bo równie dobrze oni mogą mieć rację, a ja się mylić.

Olsztyn 20.01.2009 – już po wszystkim

Gdy wysiadam z autobusu na „pekaesie” pada deszcz, a w rozmiękłej szarej brei błądzą bezdomni. W budynku dworca śmierdzi zapiekankami i brudem, ludzie tłoczą się w jakimś barze i pokrzykują. Dziewczyny są tu brzydkie, kasjerka ma pryszcze i chorobowe rumieńce, a rozkład jazdy nie widział ścierki od lat. Są takie miejsca i zbiegi okoliczności, które sprawiają, że rzeczywistość wali cię w mordę swoją szpetotą i nie bardzo jest co z tym zrobić, można tylko rżnąć głupa i udawać, że się tego nie widzi.

W autobusie z Mikołajek jest niewiele lepiej. Kierowca pali fajki i ich smród miesza się z ostrą wonią denaturatu jakiego nalał do spryskiwaczy. Zatrzymuje się tylko w szczerym polu, jakby rozmyślnie omijał przystanki. Jest ciemność i plamy reflektorów na asfalcie, jest jeszcze brudne pobocze. Ludzie wysiadają pogodzeni z tym wszystkim i od razu pochłania ich ta czerń. Znikają i znów nie ma nic na czym możnaby zawiesić wzrok.

I jeszcze ten przystanek w Mikołajkach. Z resztą jak całe miasto. Na tablicach wjazdowych powinni tu napisać, że miasto czynne od maja do września i mieliby jeden problem z głowy. Nie musieliby sztucznie podtrzymywać tam życia przez cały rok. To by było nawet niezłe, „Przykro nam, miasto nieczynne”. Jechałoby się idealnie pustymi ulicami, domy miałyby zasunięte rolety i zamknięte byłyby na cztery spusty. Mikołajkom z pewnością wyszłoby to na dobre.

W mojej „zimnejjakpsianora” kwaterze za 70 zł od nocy widziałem tylko dwoje ludzie i byli to właściciele. Dziadek już na pierwszy rzut oka wyglądał na gnojka. W poniedziałek mówił, że zaspał aby napalić, a we wtorek, że dopiero przywiózł węgiel. Orżnęli mnie koncertowo, teraz pewno siedzą pod kocami w tej zimnej budzie i przy 15 watowej żarówce liczą te moje 140 zł wyrwane szczwanym podstępem. Na pohybel im.