Dziennikarz jest młody, z dumą podsuwa ludziom pod nos mikrofon lokalnego radia. Wygląda na bardziej bystrego niż sfrustrowanego. Przyjechał zrobić relację o zawodach, jakoś tak się złożyło, że nic o nich nie przeczytał, więc niewiele wie. Ale relacja powstanie, usłyszymy w niej, że rajd rozpoczął się 30 kilometrów dalej niż w rzeczywistości…
Na odchodne dziennikarz pyta:
– A gadżety jakieś zostały dla mediów?
Dookoła zapada krępująca cisza. Pewnie jakieś zostały ale czy to naprawdę takie ważne? A rozmawiał dziennikarz z ubiegłorocznymi zwycięzcami? No jakoś tak się złożyło, że nie.
– To ja lecę, jakby się coś działo, jakiś wypadek czy coś w tym rodzaju to ja się polecam. Dajcie znać – i znika .
Są też dziennikarze, którzy nie przyjechali tu relacjonować zawodów. Oni relacjonują walkę ich zespołu na trasie. No jakoś tak się składa, że mają jakiś ulubiony. Więc reszta jest mniej ważna. Jemu kibicują, tych zawodników fotografują.
W czym problem, to przecież zawody ekstremalne, a nie konflikt w Kosowie, po co sie tu silić na obiektywność? Przecież to zabawa, fun, szalony sport. Nie ma sensu strzępić języka na temat tych wszystkich dziennikarskich pierdół.
Ano sens jest bo tacy dziennikarze szybko przestają być dziennikarzami. Nie przyglądają się z boku ale biorą w tym udział. Pomagają, usługują, uśmiechają się nie mając nawet świadomości jak szybko z dziennikarzy przeobrazili się w PR-owców.
Relacjonowanie tych zawodów w kontekście wielkiej ekstremalnej przygody nie ma absolutnie żadnego sensu. Bo po co tworzyć kolejny naszpikowany jakimiś efekciarskimi szczególikami artykuł. To już było tysiąc razy i nie ma sensu o tym znów pisać.
Te zawody to coś więcej niż sport bo stawiają startujących w nich ludzi na granicy wytrzymałości. I o tej granicy trzeba pisać, tą granicę trzeba fotografować. Bo nic poza nią i ludźmi, którzy na niej stają nie jest ważne.