Ateny – na drodze olimpijskiego ognia kładą się zrozpaczeni Tybetańczycy. Oblewają się czerwoną farbą i rozdzierająco krzyczą, że domagają się sprawiedliwości, „Stop killing my brothers and sisters in Tibet, Stop killing in Tibet” – krzyczą. Strasznie w tym dużo jakiejś przejmującej rozpaczy, jakiejś beznadziejnej desperacji. Greccy tajniacy ściągają ich z ulicy zasłaniając sobie twarze przed obiektywami reporterów. Tłum klaszcze – nie sztafecie biegaczy z olimpijskim zniczem, a właśnie tym ściąganym siłą z jezdni Tybetańczykom. To się nie dzieje w Chinach ale tutaj w Europie.
W Lhasie nastała cisza. Nie ma jej kto przerwać, bo dziennikarze zostali wyproszeni prze chińskie władze z Tybetu. Zdążyli tylko zrelacjonować, że do stolicy Tybetu władze wysłały tysiące żołnierzy. Procesy „wywrotowców Dalajlamy” podobno mają odbyć się po igrzyskach, żeby nie psuć atmosfery sportowego święta. Do tego czasu „wywrotowcy” będą gnić w przepełnionych więzieniach. Za krzyknięcie hasła „Wolny Tybet” mogą dostać nawet 10 lat. Albo kulę w łeb.
Poznań, wtorek rano. Trochę świeci słońce, trochę pada śnieg. Wieje, jest zimno. Grupka zapaleńców w pomarańczowych kamizelkach rozdaje kierowcom pomarańczowe wstążki. Gdy na skrzyżowaniu zapala się czerwone światło podchodzą do samochodów, pukają w szybkę i cierpliwie tłumaczą, że to akcja solidarności z Tybetem, że tyle możemy zrobić, wstążkę pomarańczową jak habit buddyjskiego mnicha przywiązać do anteny swojego samochodu. Niektórzy chętnie opuszczają szyby aut i biorą wstążki, inni nie zwracają uwagi go gościa za szybą. Patrzą obojętnie przed siebie, czekają na zmianę świateł. Gdy zapala się zielone odjeżdżają.
Wolny Tybet, Wolny Tybet, Wolny Tybet – 30 lat w pierdlu albo pomarańczowa wstążka na antenie samochodu? Trudny wybór.