Wszyscy jesteśmy fotografami

W czwartek, 26 lutego w warszawskim Barze Studio będę mówił o tym jak używać aparatu fotograficznego, żeby trochę pełniej doświadczać architektury. Zaprasza się. Początek o godzinie 18. Więcej o wydarzeniu TUTAJ

“Architektura to nie tylko budynki, ale także przestrzeń między nimi” – mawiał wielki polski architekt Oskar Hansen. Jego słowa w żadnym stopniu nie wyczerpują jednak definicji architektury. Ta zresztą nie istnieje – każdy użytkownik i twórca architektury musi sobie tu radzić sam. Dla fotografów ta nieokreśloność architektury jest wielkim wyzwaniem, jak bowiem fotografować coś czego sami twórcy nie do końca umieją nazwać. Aparat fotograficzny w pisaniu nowych definicji architektury jest właściwie bezradny, doskonale sobie jednak radzi, w rękach fotografa, w jej poznawaniu. I właśnie o fotografii jako narzędziu doświadczania przestrzeni ukształtowanej przez architekturę będzie pierwszy wykład z serii „Wszyscy Jesteśmy Fotografami”.

Zadanie matematyczne

W poczekalni dworca autobusowego w Sanoku siedziała tylko jedna dziewczyna. Przodem do ściany. Musiało być jej strasznie niewygodnie ale ładowała telefon w jedynym dostępnym gniazdku, a że miała krótki kabel to musiała tak dziwnie siedzieć, żeby móc stukać paluchem po ekranie. Wyglądała jakby się obraziła na tę pustkę i ciszę wokół. No ale było tam ciepło, więc postanowiłem posiedzieć z jej plecami. Patrzyłem za okno i zastanawiałem się jak to będzie, gdy na plac wtoczył się stary autosan. Wysypali się z niego harcerze i od razu zrobiło się jakoś raźniej. Robili wokół siebie ten dobrze znany chaos, gdy piętnaście osób wysiada z autobusu i są tak zaaferowane tym faktem, że zostawiają w środku dwa śpiwory, gitarę, trzy czapki i blaszkę z niedojedzonym plackiem. Oni tacy byli. Zbierali się do kupy dobrych kilka minut , a kierowca wynosił ze środka po kolei wszystko to, co tam zostawili. Wyglądało to tak, jakby ich dobrze znał. Może zresztą tak było. Postali jeszcze chwilkę na pustym plac, a potem zaczęli się rozchodzić. Szli grupkami, po dwie, trzy osoby, w różnych kierunkach. Wyobrażałem sobie, że w domach czekały na nich matki z obiadami, wanny z ciepłą wodą i słodkie nieróbstwo przez całe popołudnie. Taka świadomość komuś, kto wyrusza właśnie w drogę sprawia niekiedy fizyczny ból.
Później na scenę wtoczył się mój złom do Cisnej. Kierowca był na mój widok wyraźnie zdziwiony. Dałem mu pieniądze, a on zaczął coś majstrować przy tej kasie co wydaje paragony.
– Coś się zepsuła – mówił i patrzył na mnie porozumiewawczo – ciągle się psuje cholera. Usiądź pan, zaraz naprawię.
Nad jego głową wisiał wielki jak całe Podkarpacie napis: „Jesteś pasażerem? Żądaj wydania biletu”  – czekałem więc cierpliwie, aż kasa cudownie ożyje. Wydał mi świstek i niemal w tym samym momencie ruszył.

Już zapomniałem trochę jako to jest w tych pekaesach na końcu świata ale ten konkretny mi o wszystkim przypomniał. Jechaliśmy sami, on palił fajki i dym wydmuchiwał przez okno, ja szukałem miejsca najbliżej dmuchawy ogrzewającej wóz ale niepotrzebnie bo dmuchała zimnym powietrzem. W Lesku zatrzymał się na dworcu, ubrał kurtkę i po prostu gdzieś sobie poszedł trzaskając drzwiami. Wrócił po 15 minutach i pojechaliśmy dalej. W Cisnej stanął przy gminie i powiedział tylko jedno słowo:
– Już
To był dla mnie znak, że mam spierdalać bo nadal ma do mnie żal o tę sprawę z biletem.

***
Dwa dni później znów byłem na dworcu w Sanoku. Był zdecydowanie zbyt wczesny i zbyt szary poranek. Pizgało jak na biegunie, a chodniki były pokryte warstwą lodu. Chciałem sobie coś kupić do żarcia na drogę, ale jak tylko wyszedłem z hotelu, to od razu zrozumiałem, że to się raczej nie stanie. Kawałek przed dworcem znalazłem piekarnię i stojący obok niewielki kiosk sprzedający firmowe wyroby. Piekarnicze. Chciałem kupić bułkę ale żadnej nie mieli. Chleba też nie.
– Ale mamy rogaliki 7 Days – powiedziała miła pani poprawiając fartuszek z logo piekarni znajdującej się za jej plecami.
No to pojechałem na głodno.
Potem była ta sprawa z Jerrym Springerem. A zaraz potem blisko 10 godzin jazdy przez południową Polskę. Starałem się pracować, ale w autobusach wariuje mi od komputera błędnik i wolałem nie ryzykować. Nie chciałem by współpasażerowie oglądali to co jadłem wczoraj. Wyruszyłem z Sanoka i jeszcze tego samego dnia miałem dotrzeć do Świebodzic przed Wałbrzychem. Wiąże się z tym pewne zadanie matematyczne. Brzmi ono tak:
Autobus z Sanoka do Wrocławia pokonuje 550 kilometrów w 8 godzin i  45 minut. Po drodze wjeżdża do centrów Rzeszowa, Tarnowa, Krakowa i Katowic. Łączne opóźnienie na tej trasie wynosi 3 minuty.
Pociąg z Wrocławia Głównego do Wrocławia Zachodniego pokonuje  8 kilometrów.
Pytanie:oblicz przypuszczalne opóźnienie pociągu.
Odpowiedź : 35 minut
Delfiny, tylko delfiny albo twarde narkotyki.
***
Konduktor w pociągu ze Świebodzic był wielki jak głaz narzutowy i mniej więcej tak samo groźny. Pociąg wtoczył się na peron w zupełnych ciemnościach, więc gdyby nie hałas jakiego narobił, można by go całkowicie przeoczyć. Coś nawaliło w starym jak świat EZT i do Jaworzyny jechaliśmy w egipskich ciemnościach. Świecił się  tylko ekran terminala z jakiego ten olbrzym sprzedawał bilety.
– Ktoś wyskoczy z wiaderkiem i przyniesie trochę prądu to zapalimy światło – żartował ale był zbyt duży, żeby ktoś odważył się zaśmiać.
Potem usiadł kilka siedzeń dalej  i zaczął gadać z kumplem. Z rozmowy wynikało, że po godzinach jest prezesem jakiegoś klubu piłkarskiego z szesnastej ligi. Od razu nabrałem do niego szacunku i sympatii, bo jeśli miałbym powiedzieć, że piłka nożna w ogóle mnie obchodzi to tylko w odniesieniu do tych gminnych i powiatowych rozgrywek. Nie żebym je śledził, po prostu ujmuje mnie ich szczerość. Ten konduktor tez  był szczerze przejęty, bo jego chłopcy akurat przerżnęli.
– A ja kurwa muszę się tłuc tym złomem  – wściekał się i ściszał głos – po nocy.

Zmiany w PKP

Minister Infrastruktury i Rozwoju
Maria Wasiak

Wielce Szanowna Pani Minister

List mój piszę po kilku dniach podróżowania pociągami po Polsce. Podróże te skłoniły mnie do kilku przemyśleń i, mam nadzieję, konstruktywnej propozycji. Trzeba Pani wiedzieć, że nim się w tę drogę wybrałem przez blisko trzy dni próbowałem kupić odpowiedni bilet przez internet. Niestety bezskutecznie. Na dworcu, tuż przed odjazdem pociągu, odstałem dwadzieścia minut w kolejce i kolejnych dziesięć przy okienku przyglądając się jak kasjerka bezskutecznie próbuje wejść do systemu rezerwacji biletów. W końcu jej się to udało i radośnie pobiegłem na peron by dowiedzieć się, że wagon, w którym mam swoje miejsce nie istnieje. Nie byłem sam – pasażerów z wagonu widma było więcej. Usiedliśmy więc tam gdzie się dało by dowiedzieć się, że pociąg ma 30 minut opóźnienia już w Warszawie (skąd wyruszał). Zirytowałaby mnie ta informacja gdyby nie fakt, że chwilę później dowiedziałem się, że spóźnię się do Poznania o 60, 80 a w końcu 120 minut. Musiałem odwołać trzy umówione na ten dzień spotkania, mogłem sobie Poznań jedynie pozwiedzać. Za podróż moją zapłaciłem 129 złotych, a dam sobie rękę uciąć, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej kosztowała ona o dwa złote mniej. Oczywiście PKP Intercity nieustannie podnosi jakość swoich usług więc wzrost ceny jest jak najbardziej zrozumiały.
Dzień później było o wiele lepiej. Mój pociąg miał jedynie 90 minut spóźnienia, a ja zaplanowałem sobie spotkanie 3 godziny po jego przyjeździe więc wszystko przebiegło doskonale. Tego szczęścia nie miała kilka dni później moja znajoma z Trójmiasta która dowiedziała się na pokładzie swojego pociągu, że jej podróż do Warszawy trwać będzie 9 godzin (zamiast planowych 7). Nadmienię, że ta sama podróż autobusem trwa godzin 5 i jest ponad dwukrotnie tańsza więc teraz wszyscy się z tej mojej koleżanki śmieją, że jest taką frajerką. Trochę to jednak przykre. Inna moja znajoma dowiedziała się, że jej pociąg do Katowic odjeżdża z Warszawy o 8:18 mimo, że w rozkładach jak byk stało 8:24. „Dziś jest jedyny dzień w roku, gdy odjeżdża 6 minut wcześniej” – usłyszała w kasie i sprintem pobiegła na peron. Tam dowiedziała się, że pociąg owszem odjeżdża tego dnia o 8:18 ale i tak ma spóźnienie więc niepotrzebnie biegła.
Osoby o mniejszej wyrozumiałości mogłyby uznać takie traktowanie pasażerów jako skandal, hucpę i złodziejstwo, ale to oczywiście nie ja. W imieniu tych osób zwracam się jednak do Pani z pokorną prośbą o rozpatrzenie mojej propozycji wprowadzenia do spółki PKP Intercity zarządu komisarycznego. Mogłyby go sprawować delfiny. Są to zwierzęta niezwykle inteligentne, mówi się, że to najinteligentniejsze ze ssaków (poza niektórymi ludźmi rzecz jasna). To sprawia, że bardzo szybko się uczą – przeszkolenie delfinów do zarządzania spółką nie powinno więc trwać długo. Doświadczenia wodnych parków rozrywki na całym świecie wskazują, że delfina można wyszkolić do pracy w grupie i wykonywania prostych poleceń. Co więcej, są to zwierzęta pogodne, bezpretensjonalne, szczere i uczciwe, a dźwięki, które wydają działają na ludzi terapeutycznie. Co jednak najważniejsze – gdy delfin nie umie czegoś zrobić, w sposób jasny i nie pozostawiający złudzeń komunikuje to swojemu trenerowi. Odpływa wtedy nie żądając wysokiej odprawy. Dzięki temu nie powstają przykre nieporozumienia – że ktoś na przykład do czegoś się zobowiązał, bierze za to niemałe pieniądze, a potem się okazuje, że nie ma żadnych kompetencji by się z tych zobowiązań wywiązać.
Co więcej zatrudnienie delfina jest tanie. Nikt nie słyszał też o Związku Zawodowym Delfinów i pewnie nieprędko usłyszy. Delfinowi nie trzeba dawać służbowej limuzyny, laptopa i komórki. Także diety i koszty ewentualnych delegacji delfinów będą zdaje się znacząco tańsze. Delfinowi wystarczy wiadro sardynek, żeby był szczęśliwy i chciał współpracować.
Oczywiście zatrudnienie delfinów na kierowniczych stanowiskach w PKP Intercity będzie wymagało przebudowy siedziby spółki i zaaranżowania przestrzeni biurowych na powierzchnie pływalne. Jestem jednak przekonany, że wobec niewątpliwych zalet, jakie zwierzęta te oferują, jest to cena, jaką skarb państwa może ponieść.

Z wyrazami najwyższego szacunku.

Filip Springer