Palędzie

Tam było najbliżej ze stacji do lasu. No i i bilety kolejowe z Poznania były tanie jak barszcz. Jeździliśmy do Palędzia czasami tydzień w tydzień, sobota za sobotą. Obtłuczonym , żółtym podmiejskim ETZ , który kulał się później z mozołem do jakiegoś Zbąszynka czy nawet gdzieś dalej. Wypluwał nas na stacji, czasem trzeba mu było pomóc, bo elektryczne drzwi nie zawsze się otwierały. Z dworca do linii lasu było kilkaset metrów, nie więcej. Zwykle było szaro i mglisto, tak to pamiętam choć pewnie bywały też dni gdy szliśmy przez te pola w pełnym słońcu. Pewnie trzeba było zdejmować szaliki i czapki bo w marszu robiło nam się zbyt gorąco. W oddali pasły się sarny, przyglądały się nam z daleka. Tak czy inaczej dopiero między drzewami oddychaliśmy z ulgą. Wyjmowaliśmy kanapki i spokojniejszym juź krokiem zagłębialiśmy się w las. Około południa rozpalaliśmy ognisko w jakimś zagajniku i piekliśmy te kanapki nad ogniem. I kiełbasy. Spędzaliśmy przy tym ogniu godzinę, może dwie, a potem ruszaliśmy dalej. Snuliśmy się po tym lesie jak cienie bez celu, a potem ktoś mówił, źe trzeba się zbierać na ostatni pociąg więc ruszaliśmy w stronę stacji. Ostatnich kilkaset metrów pokonywaliśmy zwykle biegiem bo prawie zawsze brakowało nam czasu. Kilka razy się spóźniliśmy i kiblowaliśmy na tym dworcu kilka następnych godzin. Bo przecież ostatni pociąg nigdy nie jest ostatni i będzie jakiś następny tylko trzeba na niego trochę poczekać. Na tym dwrocu dojadaliśmy co nam zostało w plecakach i dopijaliśmy resztki herbat z termosów. Siedzieliśmy na peronie i po prostu czekaliśmy. Pamiętam, źe strasznie irytowało mnie jak inni z naszej grupy przekraczali białą linię wymalowaną na peronie. Byłem strasznym nudziarzem ale mnie tolerowali.

Pojechałem do Palędzia w sobotę. Nowym, czystym szynobusem. Po elektrycznie opuszczanym schodku wyszedłem na peron , rozejrzałem się i chciałem uciec, ale czerwony Elf Kolei Wielkopolskich z sykiem już odjeżdżał w nieznane. Dookoła stały domy. Nie było pola, nie było drzew na horyzoncie. Wszędzie stały domy. Nie wiedziałem co z tym zrobić, wyszedłem na ul.Kolejową ale jej też nie poznałem. Domy. Zostały tylko przysypane brudnym piaskiem nierówne, kocie łby. Cała reszta nie była moja. Nasza. Szedłem tą ulicą, kurczowo jej się trzymałem i zastanawiałem się czy tamte wypady do lasu mi się śniły. Bo skoro zniknął pejzaż to może też i wszystko co się w nim działo. Może tego nie ma i nigdy nie było. Moźe nas wtedy nie było, albo nawet nigdy. Co się podziało z tamtymi wydarzeniami, skoro już nie ma dla nich żadnego tła, nie ma ich przestrzeni. Chwyciłem się tych kocich łbów bo tylko one mnie łączyły z tamtym czasem, dzisiątki razy biegliśmy po nich zdyszani by zdążyć na ten cholerny, nie-ostatni pociąg. A teraz te domy.

Potem musiałem skręcić, brukowana droga została za mną. Kawałek dalej była niewielka galeria handlowa i parking, stanąłem na jakiejś ławce i zacząłem się rozglądać. W oddali zamajaczyła ciemna linia lasu. Zlewała się z zapadającym wokół zmierzchem. Pomyślałem, że moźna by iść w tamtą stronę i zobaczyć co z niego zostało. Z tego lasu, który był nasz bo znaliśmy go na wskroś. A zaraz potem przyszła druga myśl, źe może nie ma sensu aż tak ryzykować.

„Polish Dream” w Hannoverze


25 lat uformowanej na nowo Polski minęło jak mgnienie oka. Zdążyło wyrosnąć pokolenie, które już nie ma własnych przeżyć z ubiegłej epoki. Coś nam ucieka niezauważone. A przecież my, Polacy, mamy o czym opowiadać.

Dlatego powstał Polish Dream – wielowątkowy zapis współczesnej, odmienionej Polski. Zawiera stopień komplikacji procesu przemiany i emocje, które temu towarzyszą. Wieloletnie cykle i fotograficzne notatki dziesięciu polskich, świetnych fotografów złożyły się na silnie zaangażowany dokument, w którym czuje się dynamikę historii.

Agnieszka Rayss, Grzegorz Dembiński, Bartosz Dziamski, Mariusz Forecki, Arek Gola, Witold Krassowski, Maciej Pisuk, Filip Springer, Paweł Supernak i Michał Szlaga w wystawie w Hanowerze i publikacji elektronicznej na tablety pt.

„Polish Dream – współczesna Polska w fotografii dokumentalnej”
„Polen – zwischen Traum und Wirklichkeit”
wernisaż – 12 listopada 2014 r. w Hanowerze, GAF Galerie für Fotografie, Seilerstraße 15d (www.gafeisfabrik.de)

Półprzewodnik

Przez kilka ostatnich miesięcy fantastyczni ludzie z Mielca (Stowarzyszenie Kulturalne Jarte) pracowali nad projektem fotograficzno- dokumentalnym „Półprzewodnik”. Zaprosili mnie do współpracy, żebym im trochę pomógł, ale słowo honoru, przez większość czasu otwierałem oczy ze zdumienia i zachwytu, czując się nieco z tą moją misją „doradzania” bezużyteczny. Mniej tam uczyłem, więcej się nauczyłem.
Bo oni są po prostu zajebiści. Efektem kilku naszych spotkań i ich pracy jest wystawa, której oficjalne otwarcie jest dziś w Mielcu. To jest bardzo dobra wystawa – będą wisieć tam prace Dominiki Basztury, Kingi Bielec, Krzysztofa Gładyska, Aleksandra Gładysza, Kuby Michońskiego,Marcina Myśliwca i Pawła Wolanina. Pozwolili mi nawet powiesić koło siebie kilka swoich zdjęć.

Idźcie, jedźcie, podziwiajcie. A kto może niech ściągnie tę wystawę i pokaże u siebie.

Taka sytuacja

Od jakiegoś czasu pracuję nad książką poświęconą problemowi mieszkaniowemu we współczesnej Polsce. Wyda ją Wydawnictwo Czarne, wsparła ją Fundacja Herodot im. Ryszarda Kapuścińskiego.
Interesuje mnie to w jaki sposób Polacy mogą dziś (a raczej muszą) zaspokajać tę bardzo podstawową potrzebę jaką jest mieszkanie. W związku z tym interesują mnie wszelkie historie zderzeń człowieka z funkcjonującym dziś systemem – te związane z wynajmem mieszkania oraz jego kupnem na rynku wtórnym bądź od dewelopera, dostępem do tego dobra osób o niższych dochodach itp.
Podążam już za kilkunastoma bohaterami ale dotychczasowe doświadczenia nauczyły mnie, że czasem warto rzucić w eter takie zawołanie bo historie jakie się przy takich okazjach pojawiają są naprawdę niesamowite. Co niniejszym czynię. Jeśli ktoś chciałby mnie zaprosić na herbatę (tradycyjnie mogę przynieść swoją) i opowiedzieć mi o swoich niecodziennych, albo bardzo typowych przygodach mieszkaniowych to niechaj się nie waha.
Nie zajmę dużo czasu i nie robię bałaganu podczas wizyty, wycieram buty przed wejściem i w ogóle jestem w miarę dobrze wychowany.

(można się odzywać mailem – kontakt@filipspringer.com
można też przez Facebooka – https://www.facebook.com/FilipSpringer
tradycjonaliści mogą nawet wysłać list na adres Filip Springer – Instytut Reportażu , ul. Gałczynskiego 7 00-362 Warszawa

Każdy kto zechce pomóc jest fajnym człowiekiem.

PS. Jak ktoś ma awersję do przedstawiania się z imienia i nazwiska to nie jest to wielki kłopot – interesują mnie historie a nie dane osobowe.

Cuda w Miedziance


Rzeczy się dzieją niesłychane i aż wstyd o tym nie wspomnieć. Pierwsza to taka, że nie wiem jakim cudem ale przez Miedziankę przejechał samochód Google Street View i zrobił zdjęcia i teraz to już można na własne (czyli Googla) oczy zobaczyć, że ta Miedzianka trochę jest ale jednak zniknęła. No mi to sprawia dziką radość, jeżdżę tą drogę w tę i z powrotem i się napatrzeć nie mogę.
Ale to nic, to nic. Otóż druga informacja jest taka, że już wkrótce w Miedziance będzie się można napić piwa z Miedzianki. Pewien odważny człowiek kupił tam ziemię i uruchamia produkcję. Mały, browarek produkujący na lokalną potrzebę. I już nawet etykiety mają. Z górnikiem!
Więcej o sprawie jest TUTAJ