Najpierw był ten traktor, który sprawiał wrażenie, że zaraz rozpadnie się w dokładnie taki sam pył, jaki unosił się spod jego kół. Zmierzchało, więc te obłoczki kurzu podświetlało słońce, a traktor kolebał się na muldach i słowo daję jeszcze chwilę bym na niego patrzył i rozpadłby się w proch.
Potem rodzina na rowerach czekająca na przejeździe kolejowym gdzieś przed Strzałkowem. Byli kolorowi i energicznie gestykulowali, nic sobie nie robiąc z tego, że dookoła świat tracił właśnie ostatnie barwy. Byli żywą kropką postawioną na końcu prostego zdania. Za nimi aż po horyzont ciągnęła się polna droga. Dookoła nie było nic.
I teraz ten spożywczak w Kutnie, wyglądający jak kino z tylnej okładki ?Jadąc do Babadag?. Jeżdżę tą trasą kilka razy w miesiącu i wydawałoby się, że znam ją na pamięć. W ciągu kilku godzin to przekonanie obraca się w gruzy, a ja muszę sobie budować przestrzeń na nowo. I budować można ją tylko z tych obrazów wyświetlających się w ramce okna. Tyłem do kierunku jazdy, tak by jak najdłużej można na nie było patrzeć.