Jeszcze wczoraj mijaliśmy ją pierwszy raz. Ale strasznie się spieszyliśmy więc tylko pozostawało gapić się w lusterko auta i wyobrażać sobie, że jest się jakieś 50 albo 350 kilometrów na południe. A za nami niknęły w słońcu i kurzu (luty) sklecone z byle czego chałupy, kolorowe szmaty rozwieszone na sznurkach i walające się wszędzie śmieci. Przemknęliśmy jeszcze koło dwójki cygańskich dzieci idących w tamtą stronę i zniknęliśmy za zakrętem…
To było gdzieś między Starym Sączem,a Zabrzeżem. Nie można było tego przeoczyć, a mimo to wracając tamtędy dziś po południu co chwila zerkałem na mapę, to znów na lewą stronę drogi.
M. zjechała na drogę okrążającą osadę, do niej samej można było wjechać tylko przez kruszący się zdezelowany mostek. Tuż przy nim siedziało kilku mężczyzn i paliło papierosy. Przy jednym z domów stała całkiem nowa Skoda, zdążyłem jeszcze tylko dostrzec kolorową gromadę dzieciaków zanim widok zasłoniły mi krzaki. Objechaliśmy osadę od tyłu, M. zawróciła, a ja pobiegłem na skarpę za wsią. Słońce zachodziło, ale cała osada tonęła już w cieniu. Zacząłem robić zdjęcia, dzieciaki mnie zauważyły i zaczęły coś krzyczeć. Poleciało kilka kamieni. Z najbliższej chałupy wyszedł jakiś mężczyzna, zaczął coś wykrzykiwać. M. grzała silnik, wskoczyłem tylko i odjechaliśmy…Kątem oka zobaczyłem tylko jak mężczyźni siedzący koło mostka wstali i obojętnie przypatrywali się jak znikamy za zakrętem.
Już sama świadomość, że oni tu są, że można zatrzymać się koło ich osady, zrobić kilka zdjęć i usłyszeć „spierdalaj fotograf” od jakiegoś pięciolatka- to wszystko sprawia, że naprawdę zanika ta granica, to przejście w Satorajlaujhely i w Satu Mare. I że tu jest tak naprawdę tak samo jak pod Prislopem koło Borsy. Nawet staruszki wiążą te swoje chustki pod brodą i siadają na krzesełkach pod domem.