Granica w Valcineti. Świt. Pogranicznicy mołdawscy mieli poczciwe twarze. Czapki zsunęli nieco na tył głowy, mimo że nie było upału. Był przecież poranek, nawet rzeski, ale oni sprawiali wrażenie jakby od początku chcieli się przygotować na uderzenie spiekoty. Jeden z nich miał zamocowane na brzuchu całe biuro – niewielki blat z laptopem i czytnikiem do paszportów. Komputerek miał naklejkę, że pogranicznikom w Valcineti sprezentowała go sama Unia Europejska. Widać wspólnocie opłaca się pilnować granic także między Ukrainą, a Rumunią.
Na tym przejściu w Valcineti odbywa się w ogóle jakiś festiwal, mołdawski pokaz narodowych tradycji. Gdzieś w oddali, na schodkach zrojnowanego betonowego baraku dwóch gości męczy harmonię. Wzdłuż wyznaczającego strefę graniczną płotu chodzą co chwila staruszki i za pomocą długiego kija z przymocowaną na czubku przeciętą plastikową butelką sprzedają piwo. I jeszcze te pluszaki, olbrzymie, wielkości XXL, wyglądają jak monstrualne psy, albo niewiele mniejsze od oryginału słonie. Tyle że różowe i zapakowane w folię ściągniętą gumką nad głową. Mężczyźni nie bez kłopotu wyciągają je z pociągu i wędrują z nimi w głąb peronu. Nie wiozą ich na handel, mają ich za mało. Każdy niesie jednego, góra dwa.