Wysiadanie z marszrutek musi ich boleć. Patrzę na nich jak się gramolą z tymi tobołami, przepychają do wyjścia, potrącają biodrami, a potem szarpią z drzwiami. Na zewnątrz już czekają chętni na ich miejsce. Wychodzą w upał ? najpierw oni, potem pakunki. Trochę w pospiechu, chociaż nikt ich nie pogania. Jakby chcieli mieć ten moment przejścia już za sobą.
Najbardziej mi żal ładnych dziewczyn. Wsiadają w takim Tbilisi, które przynajmniej w wersji Rustaveli przypomina ten lepszy świat. Co prawda w przejściach podziemnych jest ciemno i ktoś nasikał, ale u góry pełen szyk ? Hugo Boss, Timberland i drogie zegarki. Można się tu trochę poczuć, jakby się było gdzie indziej. Można wsiąść do metra ? trochę tam śmierdzi ale zawsze to metro. Mają więcej linii niż Warszawa. W metrze ludzie się nie uśmiechają, są poważni, nic nie czytają. Potem jest Dibude, marszrutowy pierdolnik, Sodoma, Gomora i handel żywym drobiem w jednym. Wsiada się, jedzie się. Tam był szeroki świat, 30 minut jazdy z czyjąś dupą koło twarzy i zdezelowanym telewizorem pod nogami i trzeba wysiadać, iść osraną przez krowy drogą do rozlatującej się chałupy. Wszystko kurwa marność. Ale trzeba wyjść z tej marszrutki w piach i słońce i się z tym zmierzyć. Są odważni. Ja bym chyba nie umiał. Może dlatego tak się spieszą gdy wysiadają?
Dlatego nie umiem się z nimi targować. Jakiś Polak w Vardzi wyznał, że w wiosce obok udało mu się stargować z 25 do 10 lari za nocleg. Powinienem być pod wrażeniem , ale pomyślałem sobie, że jest skurwielem. 10 lari to jest 6 dolarów. Zastanawiam się, co on sobie myślał. Że 15 lari czyli 30 zł to jest dla niego nadal za dużo jak na spanie w pościeli gdzieś na gruzińskim zadupiu? Gdzie była jego dolna granica, której dla przyzwoitości nie odważyłby się przekroczyć. Czy gdyby docisnął babinkę i zeszliby do 5 lari za pokój to nadal spałby dobrze?