W drodze do Babadag

Tokaj
?Zbudziłem się wcześnie rano i wyszedłem na balkon. Czerwone dachy pociemniały od nocnego deszczu. Bruk uliczki lśnił i lekko parował. W całym miasteczku panowała zupełna cisza. (?). Było tak pięknie, że zastanawiałem się czy przypadkiem nie umarłem.?

bbdag1.jpg
Przez ryneczek jedzie pan na motorku, zatrzymuje się bezszelestnie pod winiarnią i znika. Wraca z wielkim i pachnącym bochnem chleba i pakuje go do bagażnika motorku. Ale z koła właśnie zeszło powietrze, więc staruszek wyciąga pompeczkę i z uśmiechem bierze się za naprawę.
I tak na okrągło. Ludzie noszą tu wiklinowe kosze zamiast ohydnych foliowych siatek. Jest spokój i cisza. Siedzą przed winiarniami i piją wino z kieliszków.
Chodząc po Tokaju trzeba co chwilę szczypać się i sprawdzać, czy to nie sen. Całe miasto, położone na stoku porośniętego winnicami wzgórza, jest wręcz niepokojąco idealne. Wszędzie są winiarnie i nie ma turystów (choć pewnie w sezonie jest ich pełno).
Pole namiotowe na brzegu Bodrogu jest drogie, ale oferuje czysty i ciepły prysznic, a także możliwość poszeleszczenia sobie topolowymi liśćmi w drodze do stojącego tuż nad rzeką namiotu.
Gość, który mnie tu przywiózł, młody japiszon z Nyiregyhazy, przez całą drogę tłumaczył mi, że życie w Tokaju to wszystko, czego człowiekowi trzeba. Rozmawiamy mieszaniną angielskiego i niemieckiego i za nic w świecie nie mogę mu wytłumaczyć, gdzie do tej pory byłem. Nazwy takie jak Satu Mare, Baia Mare czy Borsa, choć położone o godzinę jazdy autem stąd, nic mu nie mówią.
? Znasz węgierskie nazwy tych miast? ? pyta
? Nie znam. A powinienem?
? No wiesz, wielkie Węgry Najjaśniejszego Pana ? odpowiada z rozbrajającym uśmiechem.
Mija prawie sto lat od upadku Austro-Węgier, a trzydziestoletni pracownik agencji reklamowej z Nyiregyhazy nie dopuszcza do siebie myśli, że sto kilometrów stąd jest już Rumunia.

 

Dukla
?Być może wyrusza się w podróż po to, by nieść ocalenie faktom, by podtrzymać ich wątły, jednorazowy błysk?

bbdag2.jpg
Do Dukli docieram zdezelowanym volkswagenem dwóch polskich hipisów. Trochę się boję, że wiozą ze sobą coś, co nie do końca jest legalne, ale na przejściu granicznym wieje pustką. Znowu jestem w Polsce.
I w końcu będzie Dukla, z tym idealnym niczym do zaoferowania. Kilka ulic na krzyż, spożywczak i schronisko młodzieżowe z ciepłą wodą za jakieś śmieszne grosze. Usiądę tam na rynku w Dukli, popatrzę na ?mędrców i boginie? i będę wiedział, że to już koniec. Potem pójdę poszukać poczty, wsiądę do autobusu i odjadę. I tyle będzie tego wszystkiego.

Cytaty pochodzą z książek Andrzeja Stasiuka ?Jadąc do Babadag? oraz ?Fado?

 Pełen tekst reportażu w czerwcowym numerze Magazynu Turystyki Górskiej „N.P.M”