Warszawa – Skopje

Zaczęło się od kota. Też bym nie chciał siedzieć w tym pudle nawet za cały karton chrupek.

a

Z tej drogi „tam” najbardziej chyba zapamiętam Serbię – misiowatego celnika na przejściu w Szeged, a potem pola i zamknięte na trzy spusty, opuszczone domy. W oddali było widać światła, ale gdy do nich dojeżdżaliśmy okazywało się, że to jakieś fabryki, magazyny albo w najlepszym wypadku stacje benzynowe. Nikogo jednak nie było widać na ulicach.  Wszystko pozostawało tam w oddali. I z tego wszystkiego wyłonił się Belgrad. W mroku było widać tylko światełka okien bloków rozsianych po wzgórzach – pełna metafizyka – tylko noc i światła Belgradu. A potem znów wszystko zniknęło