Gentryfikacja to najłatwiejszy z możliwych wariantów, polega on na tym, że sprawy oddaje się w ręce rynku. Trudniejszym i wymagającym większego nakładu sił, ale chyba bardziej sprawiedliwym rozwiązaniem jest tak zwana ?łagodna odnowa miast?. Polega ona na takim animowaniu inicjatyw i prowadzeniu inwestycji, że dzielnica podnosi się dzięki działaniu lokalnej społeczności, a nie pozbywaniu się jej. Najgorszy z możliwych scenariuszy? W centrum powstawać będą tylko nowe, zamknięte osiedla, a stare kamienice popadną w ruinę. Musimy zrobić wszystko by do tego nie dopuścić ? mówi Adam Radzimski w rozmowie z Filipem Springerem.
Porozmawiajmy o gentryfikacji w Poznaniu
W takim razie to nie będzie zbyt długa rozmowa
Dlaczego?
Ponieważ w Poznaniu podręcznikowa gentryfikacja dotyczy tylko kilku kamienic. Głównie tych na Starym Mieście, należących do miasta, z których wysiedlono mieszkańców by budynki wyremontować i sprzedać lub wynająć mieszkania po wyższych stawkach. Także kilku prywatnych właścicieli „podziękowało” poprzednim lokatorom.
Nigdzie indziej Poznań się nie gentryfikuje?
Gentryfikacja to proces zastępowania rdzennych mieszkańców przez przybyszów z zewnątrz, lepiej wykształconych, bardziej kreatywnych. Zjawisko to ma zwykle, choć też nie zawsze, dwie fale ? w pierwszej na tereny dzielnicy sprowadzają się artyści, przedstawiciele wolnych zawodów ? osoby kreatywne, nie dysponujące jednak jakimiś przesadnie zasobnymi portfelami. Kupują lub wynajmują tu mieszkania bo jest to jeszcze stosunkowo tanie. Ta pierwsza fala migrantów zmienia oblicze dzielnicy, pojawiają się kawiarnie, galerie, działalność artystyczna. W ten sposób dzielnica zyskuje, staje się atrakcyjna także dla innych. Pojawia się druga fala ? menedżerowie, pracownicy korporacji, wyższa klasa średnia z zasobnym portfelem i umiłowaniem luksusu. Ceny lokali gwałtownie idą w górę, artystów i młodych buntowników już nie stać na mieszkanie tutaj, więc ruszają szukać nowego miejsca. W tym czasie z dzielnicy znika jednak większość mieszkańców, którzy mieszkali tu przed rozpoczęciem całego procesu. W tym kontekście trudno mówić tutaj o gentryfikacji jakiejkolwiek części Poznania.
Co w takim razie dzieje się na Łazarzu. Z ulicy Głogowskiej znikają punktu usługowe, pojawiają się natomiast banki. Na elewacjach opustoszałych kamienic wiszą ogłoszenia, że powstaną tu drogie, ekskluzywne apartamenty. Mnożą się osiedla zamknięte takie jak to przy ul. Wojskowej. Jak nazwać ten proces?
Ale Łazarz to nadal dzielnica zamieszkała przez ludzi, którzy żyją tu od dziesięcioleci. A to o czym Pan mówi ma charakter punktowy. O gentryfikacji nie może tu być mowy, bardziej o niektórych jej elementach. Gentryfikacja nie będzie tu do końca możliwa bo mnóstwo ludzi wykupiło tu mieszkania na własność, trudno będzie ich przesiedlić. W takich dzielnicach jak londyńskie Notting Hill czy nowojorski Harlem gentryfikacja była możliwa tylko dlatego, że większość ludzi wynajmowała tam lokale. Pewnego dnia przychodził właściciel i mówił ? przykro mi, za miesiąc musicie się wyprowadzić albo płacić czynsz trzykrotnie wyższy.
No właśnie. Liczne media ostrzegają przed gentryfikacją rysując właśnie takie scenariusze złego właściciela wysiedlającego swoich lokatorów. W tekstach urbanistów i socjologów gentryfikacja nie jawi się już jako takie zło.
W publikacjach medialnych gentryfikacji przypisuje się to oblicze, jakiego nabrała ona w Stanach Zjednoczonych. Nikt jednak nie bierze pod uwagę, że tam proces ten jest silnie powiązany z kwestią rasową. Harlem był przecież czarną dzielnicą, i nagle ci ubożsi czarni zaczęli być wysiedlani przez bogatych białych. To musiało rodzić konflikt. W Europie tego problemu nie ma, choć oczywiście w gentryfikacji nie zawsze są tylko wygrani.
Warto również sobie uświadomić, że ten proces to nie tylko wymiana ludzi o różnych dochodach, ale także ludzi o różnych stylach życia. Pojawiają się single i pary żyjące w „wolnych związkach”, skoncentrowane na karierze zawodowej (tzw. dinks, double-income-no-kids). Gentryfikacji nie można ocenić jednoznacznie pozytywnie, ani też od razu uznać ją za coś złego.
Czy jest inna droga? Czy to jedyny los jaki czeka nasze miasta? Biedniejsi mieszkańcy będą wypierani przez bogatych?
Gentryfikacja to najłatwiejszy z możliwych wariantów, polega on na tym, że sprawy oddaje się w ręce rynku. Trudniejszym i wymagającym większego nakładu sił, ale chyba bardziej sprawiedliwym rozwiązaniem jest tak zwana ?łagodna odnowa miast?. Polega ona na takim animowaniu inicjatyw i prowadzeniu inwestycji, że dzielnica podnosi się dzięki działaniu lokalnej społeczności, a nie pozbywaniu się jej. Takie procesy obserwowałem w Niemczech, na przykład w Lipsku.
Czy to możliwe w Poznaniu?
Wszystko jest możliwe, trzeba jednak na to pieniędzy, czasu i perspektywicznego myślenia. Patrząc jednak na działania rewitalizacyjne w Poznaniu trudno się spodziewać cudów. Miejski Program Rewitalizacji w sposób naprawdę świetny diagnozuje problemy obszarów nim objętych. Kłopotem jest jednak to, że ta diagnoza nie przekłada się na konkretne działania. A trzeba mieć świadomość, że ta zmiana nadchodzi, że za kilkanaście lat dzielnice takie jak Łazarz czy Wilda będą wyglądały zupełnie inaczej. Od nas zależy, który z wariantów tej przemiany wybierzemy.
Czym nam grozi pozostawienie tych procesów samym sobie?
Dziś ogromnym zagrożeniem dla śródmieścia jest jego wyludnianie się. Ludzie wyprowadzają się na obrzeża miasta, rozrastają się osiedla takie jak Strzeszyn Grecki, Naramowice czy podpoznański Suchy Las. W Poznaniu zbyt wielu mieszkańców jest właścicielami swoich mieszkań by stare dzielnice wyludniły się zupełnie, tak jak miało to miejsce w niektórych miastach niemieckich, ale ten odpływ mieszkańców na obrzeża jest już widoczny. Miasto musi zacząć przekonywać ludzi, że warto mieszkać w śródmieściu. Na razie jednak tego nie robi.
Innym zagrożeniem jest fakt, że inwestycje na Łazarzu, nad Wartą czy na Wildzie opierają się na zajmowaniu pustych działek i stawianiu tam nowych budynków. Mało kto, mimo tych łazarskich przykładów, o których Pan wspomniał, chce remontować stare kamienice. A to może prowadzić do tego, że wśród rozsypujących się kamienic powstaną ekskluzywne apartamentowce zamknięte dla postronnych, takie oazy luksusu i jakości w zaniedbanych kwartałach.
Jest sposób by temu zaradzić?
Jest, ale to problem nie tylko władz Poznania, lecz ogólnopolski. W Niemczech już dawno uznano, że trzeba wspierać rozwój miast, w Polsce gdy ktoś głośno to powie od razu podnoszą się głosy oburzenia, że miasto sobie poradzi, a to wieś potrzebuje wsparcia. W konsekwencji niemiecki budżet na rewitalizację miast wynosi pół miliarda euro rocznie, w Polsce takiego centralnego budżetu nie ma, inwestorzy nie mogą liczyć na żadne wsparcie gdyby chcieli remontować kamienice. Mają za to na głowie konserwatora zabytków, który patrzy im na ręce. Nieraz sprawę komplikują jeszcze roszczenia własnościowe, a remont starej kamienicy jest często droższy niż wzniesienie nowego budynku. I kłopot gotowy.
mgr Adam Radzimski ? doktorant w Zakładzie Ekonometrii Przestrzennej Instytutu Geografii Społeczno ? Ekonomicznej i Gospodarki Przestrzennej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Autor rozprawy doktorskiej na temat poznańskiego rynku mieszkaniowego w kontekście rewitalizacji.