N. opowiedziała mi niedawno historię bandy Jumaczy z Trzebiatowa. Byli królami miasteczka, każda dziewczyna chciała mieć chłopaka, który był Jumaczem. Jumacze jeździli za niemiecką granicę i kradli tam oryginalne jeansy i perfumy. Była połowa lat dziewięćdziesiątych, może trochę wcześniej. Napoje w plastikowych butelkach wypijało się, a butelki myło i zostawiało na potem. Jumacze przywozili te swoje skarby, a ludzie z miasteczka je od nich kupowali.
Ich siedzibą była „Gromada” – jedna z dwóch trzebiatowskich knajp. Ta druga nazywała się „Kaszanka” i nawet oni bali się tam wchodzić. Do „Kaszanki” chodziły prawdziwe kozaki. No więc Gromada – nigdy tam tam nie byłem, a wydaje mi się, że wiem jak tam wyglądało. W „Gromadzie” dużo trzebiatowskich dziewcząt straciło dziewictwo, niektóre straciły też pewnie złudzenia. Jumacze zadawali tam szyku. Pół miasteczka ich podziwiało – skrycie, wstydliwie, z pewną taką nieśmiałością. Drugie pół ich nienawidziło – skrycie, wstydliwie, szeptem. Ci starsi pewnie się zastanawiali, czy tak już teraz to wszystko będzie wyglądało? Czy królami życia będą kolesie, których jedyną umiejętnością jest wynoszenie w ilościach hurtowych towaru z niemieckich sklepów?
Jumacze byli takimi królami świata, na jakich świat było akurat wtedy stać. Wozili się czarną beemką. Zajeżdżali pod „Gromadę” z piskiem opon i nigdy nie gasili silnika. N. mówi, że wie dlaczego. Mieszkała obok jednego z nich i widziała, że żeby tę beemkę odpalić, musieli ją brać na pych. Cały fason władców świata pryskał, chłopcy stawali z tyłu, podwijali rękawy, pluli w dłonie i pchali tę swoją karocę pełną marzeń, aż nie zaczęła groźnie bulgotać. Potem włączali radio, dudniły basy, a oni mogli już bez skrupułów jechać przez miasto i patrzeć prowokacyjnie ludziom w oczy.
Cały dzień spędziłem jeżdżąc po wioskach. Wszedłem na chwilę na zatrute pole. Nie mogę przestać myśleć o tym, czym ono jest zatrute.