Poznań – Karpacz – Jelenia Góra – Poznań

slaskidomblog

Dolnośląskie „ontheroad” i gdyby nie te zdjęcia na szczycie to byłoby przecież zupełnie bez sensu. Gdzieś za Rawiczem zaczęło świtać, zatrzymaliśmy się na pół godziny i poszliśmy spać. Tzn oni poszli, a ja patrzyłem. To był jakiś pierdolnik przed Piskorzyną. Kilka kilometrów dalej Paweł właśnie pewnie wstawał napoić konie, a Scarlett przewracała się z boku na bok w zimnej jak psia nora sali balowej ich pałacu. Nie wysłałem im wtedy gazet, nigdy prawie nie wysyłam, choć zawsze sobie obiecuję, że wyślę.

No więc to było za Rawiczem i mimo, że był świt miałem wrażenie, że zaraz wszystko się skończy. Potem wjechaliśmy samochodem pod samą Śnieżkę. Padało, jechaliśmy w chmurze mijając ubranych w kolorowe, foliowe pelerynki turystów, w oczach niektórych czaiło się błaganie by ich stamtąd zabrać. Po co się idzie na Śnieżkę w ulewie i gęstej mgle? Po to by w Domu Śląskim się dowiedzieć, że na Śnieżkę się nie wejdzie, bo właśnie zeszła lawina błotna i droga odcięta. Można tylko zawrócić nie wiedząc, że lawina zeszła tydzień temu i po prostu jeszcze tam nie posprzątali.

I jeszcze dworzec w Jeleniej Górze, który robi wszystko by już zniknąć. Farba z drewnianych bud odłazi płatami, tunel jest zalany i trzeba przechodzić przez tory, a  dach cieknie tak, że mimo najszczerszych prób nie da się wejść do pociągu w taki sposób, by nie nalało się za kołnierz.

A gdy już w końcu się uda to za Tobą wsiądzie facet, który po pięciu minutach podróży puści pawia. Człowiek czuje się w takich sytuacjach zwolniony z szukania zgrabnego podsumowania.